Dzielna kobieta - trudno o taką, jej wartość przewyższa perły...
Przypowieści Salomona 31:10-31
Co my tu mamy? Kuchenne improwizacje odc. 1.
W Kazimierzu Dolnym jest restauracja, której nie umiem ominąć. "U Fryzjera" można najeść się do syta potrawami z tradycji żydowskiej i nie tylko.
Jednym ze specjałów odkrytym przeze mnie ostatnio była sałatka z bakłażana.
Próbowałam ją odtworzyć i wyszło mi nieźle, domyślam się też co powinnam następnym razem poprawić.
Niesamowitość sałatki polega na dwóch rzeczach:
- jest na prawdę prosta w przygotowaniu
- w smaku i konsystencji przypomina smakowite śledzie na biało
Bakłażana należy obrać, pokroić w spora kostkę, osolić i posypać pieprzem, wrzucić na rozgrzaną oliwę. Przesmażyć lekko, potem dusić pod przykryciem na małym ogniu aż zmięknie i skurczy się o jakąś 1/3 objętości, byle nie rozmiękł za bardzo.
Właściwie to zanim się wrzuci bakłażana należałoby w owej oliwie lekko podsmażyć ząbek lub dwa czosnku.
Zaduszone warzywo sobie stygnie, w międzyczasie kroimy cebulę na cienkie półplasterki. Żeby uniknąć cebulowego tchnienia można pokrojoną włożyć do miseczki i na minutę zalać wrzącą wodą a potem odsączyć.
Ostatnim składnikiem jest sos majonezowy. Użyłam 3 czubatych łyżek majonezu i 2 łyżek jogurtu naturalnego. Do tego sporo pieprzu.
Całość wymieszać, podawać schłodzoną.
Nie trzeba się bać przypraw, ja użyłam samego pieprzu i soli ale w dużej ilości, fioletowy ludek jet mało wyrazisty.
Tak.
To było na Sylwestra.
A dziś wróciłam do domu głodna i otworzyłam lodówkę szukając "czegoś".
Znalazłam jeszcze jednego bakłażana (się nie zmieścił ostatnio do miski na trzeciego), odrobinę boczku w kawałeczkach i pół cebuli.
Przesmażyłam, dusiłam chyba 20 minut. Skleciłam sos z majonezu, śmietany tym razem, sporej ilości pieprzu i wyciśniętego grubego plastra cytryny.
Pochłonęłam na ciepło nim kot Aspar się zorientował.
Wyglądało mało ciekawie, smakowało wybornie. Jedynie zwiększyłabym ilość boczku i cebuli.
Czyli jak się chce, można bez problemu bakłażana zjeść w pojedynkę.
Pewnie przez niedomiar boczku pochłonęłam niedużo później prawie całą tabliczkę czekolady i trzy garści bakalii... Albo to przez ten mróz.
Improwizacje z bakłażanem uznaję za udane.
Na prawdę ciekawe warzywo.
Sporo czasu początkowo zajęło mi nieprzyzwoite macanie pana bakłażana, nie da się go porównać do niczego innego.
Polecam!
Śnieg roku 2012
Kalendarz wciąż trzyma znacznik na Wigilii.
Czyli jak chciałam: białe Święta.
Dziwny był to rok...
Z nowym rokiem przypomniało mi się, że można by porozmyślać, pobiegać palcami po klawiaturze.
Z względnie dzielnych rzeczy oddałam wczoraj krew. Dopiero, gdy zostałam osobiście poproszona, zdecydowałam się nie odkładać na później. Teraz postaram się częściej pamiętać, pierwszy raz przeżyłam nieźle i osiem tabliczek czekolady całkowicie mi zrekompensowało wszelki dyskomfort.
A z chwil szczęśliwych byłam w niedzielę w SCh Północ. Po obu stronach miałam dwóch najbliższych mi mężczyzn, których głos w śpiewie brzmi cudnie. Jest coś niesamowitego, gdy brzmienie głosów tylu ludzi w jednym miejscu zlewa się w jedno harmonijne "Alleluja!"...
Są takie dni
Miał opowiadać o tym, jak łatwo czasem mi się złościć.
Złość miałam wyjaśnić tym, że z natury jestem bojaźliwa.
Straszne czasem zdaje mi się, że możemy się różnić. Bo gdybyśmy byli tacy sami, to na pewno...
Nie, nie byłoby lepiej.
Lepiej miałoby być, choć nie wiem sama względem czego.
Chyba samych moich wymyślonych obaw, że być może w przyszłości się nie zrozumiemy.
Może boję się marazmu, monotonii.
A co robię, by ich uniknąć?
Cieszę się z każdego wieczora spędzonego jak ostatnio. Wciąż nie mam dość, tylko myślę, że dobrze byłoby czasem coś zmienić. No i tak jest, więc o co właściwie mi chodzi?
Chciałam napisać wiersz.
Jednak słowa się nie składały, ani myśli i właściwie nie wiem o czym miał być.
Chciałam... Chcę nadal być...
A może nawet za bardzo?
Decyzje, wybory i takie tam
Czuję dobrze, że jestem i żyję teraz, dumam o tym co było i co będzie.
To niesamowite, być w teraźniejszości.
Przecież ona nie istnieje!
Piszę teraz. Ale gdy stawiam kropkę początek zdania jest już w przeszłości. Gdy myślę o przyszłości,m myśl przemija. I gdyby dzielić chwilę oddechu czy przyciśnięcia klawisza to właściwie składają się z tego, co zaraz będzie i z tego, co właśnie było.
Z określeniem najmniejszej jednostki czasu jest gorzej, niż z atomem. Im lepszy mikroskop, tym bardziej nie da się wyodrębnić "teraz".
Jestem szczęśliwa.
Skąd wiem?
Wystarczy się przyjrzeć, dużo się przeciągam i dużo marzę, wierząc w przyszłość w jasnych barwach.
Jednak jak już wszystko się potoczy pomyślnie, jak już mi się zachce i napiszę tę część teoretyczną, znów trzeba będzie się zdecydować, co dalej.
Uparcie myślę właśnie o tym. Już za wiele pomysłów.
Udało mi się odnaleźć możliwość zajęcia się plastyką na miarę moich możliwości. Pilnie rozglądam się za muzyką i jestem pod wrażeniem pomysłów Carla Orffa. Tylko co, gdzie, jak..?
W czasie warsztatów z bajkowania (rzecz niezmiernie ciekawa) uświadomiłam sobie, że to na prawdę nie takie popularne, marzyć przede wszystkim o założeniu rodziny. Bo właściwie patrzę na wszystko co robię z tej perspektywy, przecież nie chcę być kurą domową na pełen etat, od tego się tetryczeje i głupnie. Chcę też się czymś zająć, gdy reszty też nie będzie w domu.
Dom, dom, dom.
To jest moje marzenie.
Uwierzyłam, że mogę stworzyć coś więcej, niż ogród wokół domu, to okazało się nie dla mnie.
Uwierzyłam...
Czyż nie od tego się wszystko zaczyna?
Uwierzyć.
Dopuścić, że coś jest możliwe, że chociaż prawdopodobne.
I nagle tak wiele staje się możliwe.
Tyle sensu w życiu można znaleźć przez dar wiary.
Ważne tylko, by pielęgnować to, co się już powołało do życia w swojej głowie. Umierająca wiara boli podobnie jak złamane serce. Bardzo podobnie...
Chwilowo za dużo myślenia.
Zacząć działać, miast mędrkowania, od czego mi trzeba.
Sierpniowa noc z górami w pamięci
Mieszkanie brzmi senną ciszą.
Za oknem cykają świerszcze, w pokoju świeci się lekko lampka nocna a w kuchni szepcze piekarnik.
Ciasto bananowe w okrągłej formie rośnie, rumieni się, zaczyna pachnieć przyjemnie.
Zaglądam jak mu idzie, moje oczy odbijają się w ciemnym pasku nad szybą.
Pogrążam się w zadumie.
Po chwili niepewnie, ze zdziwieniem odkrywam, że chciałabym coś napisać. Dawno tego nie robiłam, coraz rzadziej czuję na to chęć.
Ileż wydarzyło się przez ostatni rok.
O tej porze rok temu byłam w Stanach, tęskniłam już trochę za domem. Spodziewałam się, że od jesieni pochłonie mnie nauka na dwóch kierunkach. Do głowy nie przyszło mi nic na podobieństwo ognistego, improwizowanego tanga, którego teraz nigdy nie zapomnę. Przyszłość zdawała się zupełnie inna, niż się potoczyło życie i niż zdaje się teraz.
W rozrachunku sumienia mogę powiedzieć uczciwie, że staję się coraz bardziej dzielna.
Czy jednak nie za bardzo samo-dzielna?
Często się modlisz na tym wyjeździe?
Modlitwa dla mnie to rozmowa. Z najdziwniejszym Przyjacielem,jakiego można mieć. Bez powątpiewania uważam, że bardzo ważne jest o niej pamiętać. To, o czym i w jaki sposób się rozmawia oczywiście jest bardzo istotne. Jednak jeśli mowa o budowaniu zaufania i relacji to przede wszystkim trzeba w ogóle rozmawiać. Tym bardziej, jeśli nie ma się na biurku ani w portfelu zdjęcia przypominającego o istnieniu Owego Przedziwnego.
Jeśli się nie pyta, nie opowiada się, nie dzieli się zmartwień i radości jak można liczyć na to, że dostanie się jakiś znak, odpowiedź, sugestię czy zwykłe poczucie, że On jest?
Nie bardzo...
Najbardziej lubię modlić się sama, spacerując i śpiewając. Najlepiej pośród przyrody. Czasem po cichu, w tłumie, gdzie jest się jeszcze bardziej samotnym niż daleko od ludzi.
To nie jest usprawiedliwienie dla zwykłego zapominania.
Zapominam o modlitwie tak, jak o tym, by zadzwonić do babci.
Jest mi... wstyd.
Zapominam nawet słowa piosenek, które ułatwiały mi skupienie i wybranie odpowiedniego numeru.
Dzielna kobieta znów okazuje się małą dziewczynką.
Może już nie tak nieporadną, ale zakłopotaną przez własne gapiostwo i zapominalstwo.
Wciąż nad sobą pracować, sprawdzać się, wyznaczać cele i dążyć do nich wytrwale.
Zawsze było to w mojej naturze. Kiedyś dopadło mnie poczucie beznadziei i niemożności osiągnięcia czegokolwiek. Teraz znów mogę być spokojna i szczęśliwa, wyłapywać co jakiś czas kolejne rzeczy do naprawienia. Pracować, wciąż się uczyć
Jednocześnie delektować się życiem, ludźmi, przyrodą, uczuciami, marzeniami...
W zasadzie czuję że żyję.
Biały kamyk
Kto ma uszy, niechaj słucha, co Duch mówi do zborów. Zwycięzcy dam nieco z manny ukrytej i kamyk dam mu biały, a na kamyku tym wypisane nowe imię, którego nikt nie zna, jak tylko ten, który je otrzymuje.
(BW)
Moja nastoletnia wyobraźnia karmiła się zawsze z lubością baśniami, naturalnie, jak u każdego dziecka przynajmniej przez jakiś czas. Z biegiem lat nie przeszło mi jednak za bardzo. Mimo że nauczyłam się zwykle odróżniać świat fikcyjny od rzeczywistego - upodobanie do magicznych rozwiązań w kontekście rzeczywistym nigdy mi nie przeszło, przynajmniej na poziomie upodobań czytelniczych i twórczych.
Stąd też krainy człekokształtnych o spiczastych uszach, fioletowych oczach i magicznych zdolnościach, dosiadających skrzydlatych wierzchowców, to norma moich snów i wyobrażeń.
W świecie fantastycznym wiele jest niesamowitych rzeczy. Poza światłami czarów niczym skrawkami zorzy polarnej i niespotykanymi dźwiękami o wielkiej mocy, w świecie moich wyobrażeń każde słowo, gest i symbol mają ogromną wagę i moc sprawczą, której nikt nie ignoruje. Zwyczajnie jeśli ktoś ich nie dostrzega bądź nie respektuje - nie ma jak przeżyć w tym świecie, poniekąd dzikim.
Ukryta manna. Czymże ona jest?
Naród izraelski był karmiony przez Boga manną na pustyni, jednak nikt z ludzi nie mógł jej gromadzić na zapas. Schowana do dzbanów nie nadawała się do niczego w krótkim czasie. Pan zsyłał każdego ranka tyle, by każdy mógł się nasycić.
Cudowny to pokarm. I czeka ukryty w dobrych do niego naczyniach na tych, którzy wierząc Panu oczekują spotkania z nim i zastanawiają się, jak owa strawa wygląda, jak smakuje, jak syci.
Jednak mojej wyobraźni ostatnio upodobał się dalszy fragment, nie tak oczywisty.
Mały, biały kamyk, na którym będzie moje nowe imię, wypisane ręką wolą Najwyższego, jedynie do mojej wiadomości.
Jakie to wspaniałe!
Od dzieciństwa marzyłam o jakimś niespotykanym imieniu, o pseudonimie, ktory mówiłby coś o mnie, który może byłby znany jedynie wybranym.
I olśniewa mnie nagle, że w momencie chrztu, nowych narodzin, Tata nadaje swojemu dziecku nowe imię, takie tylko od niego, specjalnie dla swojego nowego stworzenia.
Od urodzin czeka na chrześcijanina prezent, taka tajemnica przewiązana wstążką, aż do dnia osiągnięcia dojrzałości, spotkania twarzą w twarz z Nieogarnionym.
Po dziecięcemu zdaje mi się, że to po prostu miłość, że On czeka na każde swoje dziecko z przyszykowanym drobnym, tajemnym upominkiem, by dzielić z każdym z osobna słodki sekret wyjątkowego imienia.
Po nastoletniemu widzę już w swojej wyobraźni, że może ten kamyk jest lekko spłaszczony, obły, jajowaty w kształcie. Mieści się w zamkniętej dłoni. Ma mleczny, opalizujący srebrzyście kolor i wydaje się zwyczajnym kamykiem. A jak jego właściciel wpatruje się w ten delikatny błysk, przed jego oczami z wewnętrznej mgły wyłania się błękitny, świetlisty wyraz. Nowe imię.
Ach, to sam Pan Bóg wypisał to imię w kamyku swoim słowem.
Powiada się, że po charakterze pisma można poznać człowieka. Jakież te litery muszą być niewyobrażalne, skoro odzwierciedlają charakter Boga!
Gdyby tak przypadkiem ów kamyk dostał się w ręce bożego dziecka jeszcze tu, na ziemi, z pewnością byłby niebywałym artefaktem.
Nawet, gdyby nie posiadał żadnych nadnaturalnych mocy, bez wątpienia świecił by światłem nieba, tak innym od wszelkich świateł nam znanych.
Ale nie ma takiej opcji, upominek ten czeka...
Mam nadzieję, że będzie miał małą dziurkę, by dało się go nosić na rzemyku. Albo łańcuszku. Albo czymkolwiek, co tam będzie.
Skoro to czytasz możesz mieć pewność, że i Tobie życzę otrzymania kiedyś takiego niesamowitego prezentu.
Może nawet będziemy mieć okazję radośnie pokazać sobie nawzajem jak wyglądają nasze niepowtarzalne prezenty urodzinowe?
A to jeszcze nic, tyle wspaniałych rzeczy na nas tam czeka, tyle szczęścia..!
zimowy czas
Szłam dziś do domu, właściwie przed chwilą. Na środku ulicy siedziała puszysta kotka. Ujrzawszy mnie z daleka zaczęła miauczeć.
Podeszłam. Popatrzyła na mnie dużymi oczami. Powiedziałam jej, by zeszła ze środka, bo to przecież niebezpieczne. Przesunęła się do krawężnika i odprowadziła mnie spojrzeniem.
Po policzku spłynęło mi kilka łez.
Każdy kot miauczy inaczej, mruczy inaczej, rusza się odmiennie.
Moja kotka dała mi się dobrze poznać przez prawie dziewięć lat.
Większość nocy w tym czasie spędziłyśmy pod jedną kołdrą, spała na moim brzuchu i pocieszała mnie swoją niezmienną obecnością zawsze, gdy czułam się sama lub smutna.
Cicho budziła mnie w nocy, gdy coś chciała, czy to dotykając łapką ust lub powiek, czy wąchając namiętnie mój nos. Słyszałam jej zawsze przydługi pazurek u tylnej łapy, gdy stukał o podłogę w rytm kroków.
Jednak ona już nie stąpa cichutko po nocy.
Czasem zdaje mi się, że przemknie jej cień, ale to tylko złudzenia.
Przedwczoraj miauknęła po raz ostatni.
Nie moja to rzecz, wiedzieć co się dzieje z kocim tchnieniem, gdy wyfrunie z pyszczka, by już nie wrócić do puchatego ciała.
Dziękuję tylko Bogu, że obdarzył nas wrażliwością na życie. Że dzięki temu możemy mieć towarzyszy w tych maleńkich. Bo wbrew pozorom, to bardzo wiele, mieć się do kogo przytulić, móc posłuchać oddechu i bicia serca, stworzyć więź wzajemnej przynależności.
A od zwierzęcia przecież nigdy nie otrzymamy rany, jeśli wykażemy choć odrobinę zrozumienia dla jego natury.
Smutek..
Słono-gorzki smak.
A życie płynie dalej, mróz za oknem..
Początek lutego
Studiuje mi się nieźle na dwóch kierunkach dziennych i czasu starcza na styk jeszcze po trochu dla ludzi, którzy o niego się dopominają w taki czy inny sposób.
Prowadzenie rozważań tu zeszło na dalszy plan.
Dziś jednak jestem po przedostatnim egzaminie, z 9 w ciągu dwóch tygodni, został tylko jeden ustny, raczej formalność.
To nie tak, że ferie już, czy brak innych zajęć. Raczej ogromna ochota podzielenia się anegdotką egzaminu z matematyki, którego perspektywa spędzała mi sen z powiek i byłam niemal pewna, że nie zdam i dojdę do nerwicy.
Niedziela wieczór. Wiem, że powinnam przynajmniej trochę się pouczyć, ale na słowo matematyka oczy same mi się zamykają, wolę nie myśleć.
Poniedziałek. Wracam do domu przed 19 i tylko gorycz wspomnień z traumą matematyczną z liceum ogarnia moje myśli, wyżalam się wszystkim i rozważam dezercję z egzaminu, skoro nawet przypadkiem mam zwolnienie lekarskie. Godzinę spędzam rozmawiając z Vi i z moją Dużą Siostrą, jakoś lżej się robi.
Werdykt prosty: spać, niech się dzieje co chce.
Wtorek. Oczywiście nie wstałam wcześniej, lenistwo i niechęć do życia urosły do absurdalnych rozmiarów. Na egzamin poszłam, prawie się spóźniłam.
Rozwiązałam połowę zadań, bez żadnej pewności, czy dobrze. Wyszłam z głupim wrażeniem, że nawet nie mogę mieć pewności, że będę poprawiać tym razem, bo jakiś cień szansy na zaliczenie przecież jest.
Odwiedziłam chorowitka, usiadłam na łóżku i gdy wyszedł i zamknął drzwi - rozpłakałam się milcząco. Paskud znów miał intuicję, więc po sekundzie był już znów przy mnie, pocieszając. A chciałam sobie pokapać sama, heh.
Po południu miała być druga część, ustna. Nie przygotowałam się zanadto, myśląc że to już nie ma znaczenia. Przyjechałam na miejsce i po drodze przeczytałam temat, który miałam prezentować. Gdy stałam w kolejce (ponad godzinę), przypomniano mi, że pani lubi wierszyki i wszelkie przejawy artystycznej kreatywności.
Wzięłam zatem ołówek do ręki, chwyciłam melodię, krążącą po głowie od paru dni i ułożyłam piosenkę o asymptocie, a co mi tam, może zdam.
Nastąpił moment kulminacyjny dnia wczorajszego.
Weszłam, zaśpiewałam.
Usłyszałam wzdychający zachwyt i obsypano mnie workiem komplementów.
"Odpowiedziała pani śpiewająco".
W indeksie 5.
Praca pisemna nie została nawet zlokalizowana (zwykle przeglądana jest przy odpowiadającym).
Matematyki koniec na studiach mych inżynierskich, ja nadal nie mam zielonego (ani szarego) pojęcia o pochodnych i całkach a i funkcje nie całkiem ogarniam.
Piątka w indeksie jest.
Bo studia, proszę państwa, to bardzo poważna rzecz.
X, 6
Zim
JF
Nie zabijaj.
Nie wbijaj noża w plecy. Ani przyjacielowi, ani wrogu.
Nie odbieraj życiodajnej nadziei.
Nie skąp kolejnej szansy.
Nie kłam, sprowadzając na ścieżkę bólu.
Nie krzywdź,
Nie pozwalaj na śmierć człowieka wewnętrznego.
Nie skazuj na samotność, ponoć gorsza jest niż śmierć.
Doceń życie.
Własne i cudze.
Co więcej mamy? Nawet jego czas i długość nie są w naszych rękach.
A życie jest przecież cudem, nieprawdaż?
Jeśli tak nie uważasz - pokaż mi, jak stwarzasz je z niczego.
Wtedy może rozważę, czy wypada, byś uśmiercał.
Miej szacunek do żywych.
Idź w stronę Światła i nie zasłaniaj go przed innymi.
W Nim jest życie wieczne,
nie odmawiaj ludziom dostępu do Niego.
Przecież człowiek jest tak cudowną istotą, tak niepowtarzalną.
Nie widzisz?
Dzień pierwszy jesieni
nie zupełnie,
może trochę.
Rzeczywistość wciąż ta sama,
jakby inna,
całkiem nowa.
Wielkie Miasto Cudzych Marzeń
pożegnałam.
Jestem znów.
Dom z odległych wyobrażeń
czy zastanę teraz tu?
Radość, uśmiech, witam domy,
znane kąty, żyję sobie.
Idę, całą piersią wzdycham.
Już Cię lubię, miasto moje.
Ludzie, sny, liczne marzenia
zamieszkują miejsce to.
Dobrze mi tu. Czemu? Nie wiem.
Tęskić może jednak umiem
Za murami, szarym brukiem,
hukiem, rytmem, wspomnieniami.
Stuk, puk-tuk, obcas - bruk.
Spaceruję przez ostatni wieczór lata.
Pik, puk-tuk, zastawek ruch.
Mały ludek się tam w środku kołata,
Coś mi szepcze, pyta, drga.
Ćśś, nie szkodzi.
Cisza trwa.
Idę dalej, ta noc młoda jeszcze.
Jak cała ja.
Czego ja chcę?
Wiedzieć wreszcie.
Wiem już co mam.
Radość życia w końcu zatrzymałam w dłoniach,
nie ucieka już przez palce.
Wiem już dobrze co to pot na skroniach.
Łaska.
Nadzieja.
Miłość.
Wiara.
Jak domowy trzask ognia w kominku
W sercu grają.
Cieszyć mi się oczy nie przestają,
mimo jesieni dnia pierwszego.
Czekam z niecierpliwością na chwilę każdą kolejną.
Świat jak kalejdoskop ze szkiełek bezcennych,
Ludzie - każdy jak mozaika bezbrzeżna.
Pięknie żyć - znaczy kochać świat.
Polska, dzień 10. Studium człowieka.
Świat jednak nie będzie już nigdy taki sam, po 72 dniach za Oceanem.
Lub raczej: nigdy nie będę nań patrzeć tak samo.
To było wielkie błogosławieństwo, móc tam być, móc nie być tu.
Móc się zmieniać.
To był czas ogromnej nauki.
Poznałam swoje ciało, jego granice zmęczenia, stres samotnej podróży w nieznane. Doświadczyłam zmian stref czasowych, pracy fizycznie ciężkiej, snu twardego jak kamień, dającego wytchnienie.
Pierwszy raz w życiu opalałam się leżąc na plaży, chłonąc zmysłami twardość piasku, miękkość wiatru i melodię jeziora, przez długie kwadranse wiecznie za krótkich przerw.
Później w Wielkim Jabłku poznałam oczami ciało ludzkie niemal tak dokładnie, jak marzyłam - w końcu wybrałam się na "Bodies - the exibition." Wrażenie niezapomniane. Fascynujące.
Poznałam wiele wersji moralności ludzkiej.
Czy uprzedmiotowienie kobiety w spojrzeniu mężczyzny i odwrotnie nie jest takim samym jak uprzedmiotowienie martwych ciał i wystawienie ich na ogląd ludzki?
Pierwsze związane jest z popędem prokreacji, drugie z popędem poznania.
Poznałam wielu fascynujących ludzi.
Każdy z nich miał miliony zalet, nikt nie był w stanie ukryć wad.
Czy jednak nasze wady nie sprawiają, że jesteśmy tacy piękni?
Nie umiałabym się cieszyć z dotyku ciepłej dłoni na policzku, gdybym nie wiedziała co znaczy być popchniętą w tłumie.
Taniec nie byłby mi tak piękny, gdybym nie widziała tak wielu nieharmonijnych kroków na ulicy w swoim życiu.
Obserwowałam wiele.
Słuchałam.
Kim jesteśmy, łamiąc zasady, gdy nikt nie patrzy?
Czym są owe zasady? Czyje właściwie są, jeśli wszyscy je akceptują, lecz aprobują też powszechne ich łamanie?
Ci sami ludzie walczą o prawa, by ich nadużywać, ustalają ograniczenia, by lekceważyć je za zamkniętymi drzwiami.
Ci sami ludzie robią rzeczy piękne i straszne, czasem z tym samym uśmiechem, w tej samej godzinie.
Tacy jesteśmy.
Każdy człowiek jest głęboką studnią.
Tyle światła, tyle kolorów, tyle życia, muzyki jest w każdym z nas.
Niektórzy sprawiają, że chciałoby się ich nienawidzić całym sercem.
I oni też są piękni, głębocy, choć może mniej zrozumiali. bardziej straszni..
Ten czas dał mi do myślenia.
Mimo trzech setek osób wokół mnie na obozie a później niezliczonej ilości mieszkańców Nowego Jorku - byłam całkiem sama.
Ja, On, a reszta świata jakby za poduszką miękkiego powietrza wokół nas.
To był czas, gdy spotkałam siebie.
Szłam pół kroku przed Nim i nazywałam świat w nowym języku.
Niezbyt często oglądałam się za siebie, niezbyt często rozmawiałam z Nim, lecz wciąż radośnie i pewnie czułam, że jest i czuwa nade mną.
Teraz wiem, dużo lepiej niż wcześniej, co jest dla mnie ważne. I kto. I może też trochę lepiej wiem , czego chcę w życiu.
Słowa pisane nie wyrażą moich myśli tym razem.
Zwyczajnie ciesze się z życia - tak banalnie, tak zaskakująco.
Tego chciałam się nauczyć.
I powiodło się.
Czuję się, jakbym dostała najbardziej wyjątkowy prezent:
radość.
Samą z siebie, samą w sobie.
Teraz trzeba ją tylko oswoić, by nie dała się zjeść jesieni i kolejnym wyzwaniom przede mną.
USA, day 32nd
Większość kadry myślami jest już przy nieuchronnie zbliżającym się wyjeździe.
Został jeszcze ostatni i największy konkurs, angażujący wszystkich obecnych na obozie, dziś ruszają pełną parą przygotowania do niego.
Dobrze mi tu.
Życie zdaje się być takie proste, świat codzienny tak odległy.
Sprawy takie jak szukanie samochodu na wycieczkę do sklepu w dzień wolny zdają siębyć jednymi z najważniejszych, a dyskusje który ser jest lepszy: meksykański czy francuski przyjmują rangę politycznych sporów.
Kilka dni temu tłumaczyłam małemu chłopczykowi co się dzieje ze sztućcami po tym, jak odda je w okienku w kuchni, bo zapytał.
Trudno powiedzieć na ile dokładnie zrozumiałe wydało mu się moje opowiadanie, jednak z usatysfakcjonowaną miną poszedł w swoją stronę, przyjmując, że widać tak po prostu już jest.
Może właśnie na tym powinna polegać dziecinność naszej wiary?
Może chodzi o to, że powinniśmy być ciekawi bardziej i mniej ważnych rzeczy, powinniśmy stale zadawać pytania i ufnie przyjmować różne odpowiedzi, nawet jeśli nie są całkiem zrozumiałe?
Może po prostu nie powinniśmy czepiać się nieistotnych szczegółów i po prostu ufać, że świat jest spójny, nawet jeśli nie całkiem dla nas jasny?
Dzieci tysiąc razy zadają dziwaczne pytania, rodzice zwykle starają się wytłumaczyć im wszystko możliwie przystępnie, choć nie całkiem dosłownie, by były w stanie złapać ogólny zarys wyjaśnień. i malutkim to wystarcza, są usatysfakcjonowane i ufne, co jednocześnie nie przeszkadza im zadawać kolejnego potoku pytań.
Ufność.
Nieuchwytne słowo, przywodzące na myśl zapach ciepłego, bezpiecznego dzieciństwa, gdzieś na granicy pamięci.
Tęsknię za umiejętnością niezawiłego ufania.
Świerszecze odgrywają swoje koncerty.
Wiatr już prawie usnął, jest miękki i zachęca do odpłynięcia do krainy snów.
Sosny pachną kojąco i tylko po głowie kołacze mi się garść pytań i brak na nie odpowiedzi.
Jutro kolejny piękny, wakacyjny dzień w obcym kraju.
Ciekawe, co przyniesie?
USA, day 18th
Mysle luzno nad perspektywa powrotu kiedys w to miejsce w roli wychowawcy.
Niby ten sam teren, jednak zupelnie inne zycie.
Nie ma co ukrywac, spedzanie okolo 9h dziennie w kuchni na nielatwej fizycznie pracy nie sprzyja ogolnej integracji i czuciu sie czescia tej spolecznosci.
Wiele energii pochlania obserwowanie ludzi i proby interakcji. Moge sie przy okazji przekonac, ze moj angielski nie jest wcale takie perfekcyjny.
Mimo to podoba mi sie tu bardzo.
Lubie swoja prace, tylko zaluje ze zostaje tak malo czasu na nasycenie sie tym miejscem i ludzmi, poza kuchnia i naszym domkiem.
Dzis byla burza i kolejna piekna tecza, pelen wysoki luk.
Powietrze pachnie pieknie i w koncu jest chlodniej.
Nastraja do refleksji.
Ciesze sie tym zyciem, ciesze sie ze Najwyzszy ma lepsza pamiec o mnie, niz ja o Nim.
Z radoscia obserwuje ludzi i ich relacje, sama wciaz jednak zostajac z boku.
Jednak przebywanie posrod przyjaciol, chocby i nie wlasnych, ale nie zamykajacych sie na moja obecnosc, inspiruje i nasyca pozytywnymi wrazeniami.
Mam poczucie, ze jestem w terazniejszosci.
To bardzo rzadki u mnie stan.
Po prostu tu i teraz.
Mam mnostwo mysli o przeszlosci i przyszlosci, wiele obaw, niepewnosci, pytan, ale mam calkowite poczucie, ze to wszystko co bylo lub bedzie jest bardzo odlegle i teraz jest teraz.
Carpe diem.
Owszem, planuje, rozwazam, wspominam.
Jednak nareszcie z dystansu.
Z aktualnych wakacji.
Co bylo - minelo, co bedzie - czas pokaze.
Patrze na dzieci wokol, na ich opiekunow w moim wieku i zastanawiam sie do ktorych jestem bardziej podobna.
Mam wrazenie, ze wciaz jestem w srodku taka mala dziewczynka.
Piosenki i zabawy jak z dziecinstwa wydaja sie tak bliskie i tak odlegle zarazem.
I wciaz jednakowo sie krepuje brac udzial w roznych radosnych wydarzeniach, ktore stoja dla mnie otworem.
Na szczescie ludzie sa tu otwarci, mimo ze kazdy z innego zakatka swiata.
Dni wolne spedzam w roznym towarzystwie i zawsze jestem pod pozytywnym wrazeniem. I nikomu nie przeszkadza, ze prosze by mnie wzieli ze soba i ze siedze raczej cicho, z nimi ale jakby obok, obserwujac, probujac nadazac za jezykiem i tematami.
W minionym roku na jednym z wykladow ktos wspomnial u mnie na wydziale, ze norma rozwjowa to posiadanie wyimaginowanego przyjaciela do okolo 6. roku zycia, a pozniej dzieci przestaja sie do tego przyznawac.
Przypomnialo mi sie to kilka dni temu, gdy przylapalam sie na wyobrazaniu sobie jacy byliby ludzie, ktorych znam z widzenia, jako przyjaciele i prawie sie w to wczulam.
Czy nie jest tak, ze nasza dziecieca wyobraznia i umiejetnosc zaufania opartego na ryzyku niepewnosci sa etapem, ktory umozliwia nam pozniejsze zawierzenie Najwyzsemu?
Mam wrazenie, ze Pan jest naszym prawdziwie istniejacym wyimaginowanym przyjacielem.
To, jak go widzimy, jest calkowicie indywidualne, czego by nie mowic.
Czujemy go, czasem bardziej czasem mniej swiadomie.
I mamy te pewnosc, ze mozna Mu ufac, ze On jest.
Prawdziwy przyjaciel, ktorego niestety nie da sie po prostu przedstawic innym, poki nie zechca do siebie dopuscic, ze On istnieje.
Moze po to musimy w pewien sposob byc dziecmi, by moc Go doswiadczac?
Troche mi tu samotnie.
Wynalazek Internetu pomaga byc w jako-takim kontakcie.
Lecz wciaz tesknie i sama nie do konca wiem za czym.
Patrzac na gwiazdy, na zachodzace nad gorami i odbijajace sie w jeziorze Slonce, na tecze, czuje ze Najwyzszy tu jest. I tylko tak trudno tego prawdziwie doswiadczyc, znow wysnic, ze mnie przytula.
Tym razem refleksyjnie, lecz wciaz radosnie, pozdrawiam zza Oceanu.
Tak!
Kolejne marzenie spelnione nim jeszcze zdazylo sie ulezec i stac sie bardziej wytrawne.
Od pazdziernika zaczynam drugi kierunek: Architektura Krajobrazu na SGGW.
Ciesze sie niezmiernie.
Ten Na Gorze z niejasnych powodow znow mnie rozpieszcza.
Pozdrawiam wszystkich czytajacych zza Oceanu!
USA, day 3rd
Moja praca? Kuchnia. Wszystkie drobiazgi od krojenia przez zmywanie do sprzatania jadalni. Bede zastepowac kazda z kolezanek w jej dniu wolnym.
Jest nas siedem: dwie Polki, dwie Niemki, dwie Rosjanki i Ukrainka.
Po pierwszej dobie moge powiedziec, ze calkiem przyjemna gromadka.
Dzis skonczylysmy o siodmej, czyli dwie godziny temu.
Jeszcze nie calkiem przestawilam sie na tutejszy czas..
Jestem cala mokra i nogi mi odpadaja, ale ciesze sie ogromnie, ze tu jestem.
Las, jezioro, gory, mnostwo usmiechnietych i serdecznych ludzi - czego wiecej mi trzeba?
Aktywne wakacje. To jest to.
Zmeczenie jest i pogubilam przez nie troche mysli, ktore chcialam tu zawrzec.
Myslac o tym dalekim, a tak bliskim swiecie, ktory zostawilam na kilka chwil w Europie, kraze przede wszystkim wokol studiow.
Wyglada na to, ze nie calkiem jeszcze zdazylam zamarzyc o architekturze krajobrazu a juz sie to moje marzenie spelnia. Tuz przed wylotem bylam bowiem na egzaminie z rysunku i zdalam go na 70 pkt co powinno wystarczyc w polaczeniu z matura by sie dostac.
I co wtedy?
No coz.. Najblizszy rok akademicki zapowiada sie pracowicie.
Budze sie w tak obcym miejscu, wposrod tak odmiennych ludzi i dobrze mi tu.
Te same gwiazdy nade mna - wielki woz i tutaj swieci jasno, ta sama przeciez polkula.
Ten sam Pan w tych gwiazdach, w tym powietrzu, w tych ludziach. We mnie.
Dobrze mi, bo nie slyszac znajomych glosow i bojac sie nieco pytam tylko Jego o zdanie i czuje, ze On jest.
Przede mna dziesiec tygodni w wymarzonym miejscu.
Chce poznac tych otwartych, bezposrednich, radosnych i czasem szczerych do bolu ludzi.
Chce sie nauczyc od nich wyzwalania i wykorzystywania pozytywnej energii.
Tak na prawde po to tu jestem.
By stale wzrastac.
Dary - całkiem żywe
Jeździłam dziś na swoim wymarzonym rowerze po okolicy, szukając odpowiedniego pleneru do ćwiczenia rysunku.
Dokładniej po parku przy szpitalu w Tworkach.
Nastrój miałam kiepski, weny brak i świadomość, że powinnam umieć wiele więcej, niż aktualnie w mojej głowie, wzroku i dłoniach jest.
Właściwie to właśnie zsiadłam z roweru, wlepiłam wzrok w kosa buszującego w krzakach i dojrzewałam powoli do myśli "to wszystko na nic, wracam do domu".
I wtedy znikąd pojawił się starszy pan z uwagą, że mam niepotrzebnie włączone światełko tylne, że pewnie bateria się wyczerpuje.
Wytłumaczyłam mu, że to na dynamo i ma akumulator i nie da się wyłączyć.
Od słowa do słowa nawiązaliśmy bardzo inspirującą rozmowę.
W dużym skrócie:
Zobaczył, że mam teczkę, zapytał czy rysuję.
Opowiedział, że przez wiele lat był złotnikiem i że niektórzy na wyrost nazywali go artystą po kilku wystawach i że darzyli go uznaniem. Jednak teraz jest w szpitalu przez problemy z alkoholem. I dla zapełnienia czasu zaczął rysować i malować na poważnie, nie tak jak kiedyś tylko szkice robiąc. I spaceruje szukając inspiracji i tematów do prac.
Obejrzał moje rysunki, kilka rzeczy skomentował brzmiąc dość profesjonalnie.
Powiedział, że mam talent.
W międzyczasie dodał, że wszystkie talenty dostajemy od Boga i że właściwie to On jest najlepszym architektem, jeśli chodzi o krajobraz i w ogóle.
Na koniec wskazał mi polanę, która powinna mieć to, czego szukam do rysunku.
I miała.
Gdyby nie komary i dość ciemny, pusty środek leśnego parku - chętnie porozmawiałabym z nim dłużej. Wspomniał, że moglibyśmy się umówić, żeby pokazał mi swoje prace, ale jakoś ta myśl ucichła pośród kolejnych zdań.
Ten człowiek był dla mnie dziś darem od Najwyższego.
Dostałam pokrzepienie - że moje prace nie są do niczego.
Dostałam zainteresowanie i komentarz człowieka znającego się na rzeczy.
Dostałam życzenie powodzenia.
I jeszcze na dodatek szczerą, serdeczną zachętę do tego, czym się zajęłam, poprzez postawienie Boga nad wszystkim.
Ten Na Górze jest Dawcą talentów i Stworzycielem najpiękniejszych tematów w plenerze.
I od Niego dostajemy ludzi w prezencie: czasem na chwilę, gdy nam ich potrzeba, czasem na godziny, dni, okoliczności.
Czasem na lata.
By się czegoś nauczyć, by im pomóc lub doznać wsparcia.
A najpiękniej, gdy otrzymujemy ludzi, w których jest Jego odbicie.
Za tydzień w czwartek egzamin.
Niepokoję się nieco..
A w piątek - wielka wymarzona podróż do Stanów.
Będę wdzięczna za pamięć i modlitwy.
Dzień wiosny ostatni
Ptactwo śpiewa, słońce świeci..
Nie byłam dziś w Ogrodzie Saskim, siedziałam w Łazienkach, obserwowałam ludzi i rysowałam bez nadmiaru weny.
Dzień, zwykły dzień.
Tyle wody już przepompowały fontanny, tyle się na świecie zmieniło.
Czasem mam wrażenie, że wszystkie minione chwile są jak sny.
Tak samo jak marzenia. Czymże się różnią w zasadzie od siebie?
Przecież nie istnieją, jednocześnie przenikając nas na wskroś.
Spacerowałam, obserwowałam piękno przyrody w królewskim parku.
Ale coś dziś przyroda mnie nie bardzo akceptowała.
Najpierw przyglądałam się pawiowi, który przyszedł i przysnął sobie na murku obok mnie, gdy rysowałam. Gdy podeszłam bliżej też mi się przyglądał, ale gdy trzeci raz głasnęłam go po piórach w ogonie - oburzony wstał i na mnie nakwękał.
Zatem zostawiłam go w spokoju.
Cóż zrobić, że nie miałam nic do jedzenia dla stworzonek parkowych?
Jak cmokałam na wiewiórkę, próbując różnej artykulacji i częstotliwości - widocznie popełniłam jakieś faux pas, bo nagle oderwała się od kopania, wskoczyła na drzewo i na mnie nakrzyczała. Następnie pobiegła na drugą stronę drzewa, nakrzyczała jeszcze głośniej i uciekła.
W tym czasie znikąd zleciało się ptactwo.
Widać też jakoś do siebie wzięli skrzydlaci moją nieporadną mowę.
Gołębie szybko zauważyły, że nic dla nich nie mam, jednak błękitne sikorki chciały sprawdzić dokładniej.
Skoro niemal wplątywały mi się we włosy - wyciągnęłam rękę.
Jedna natychmiast na niej wylądowała, poprzyglądała mi się chwilę i dziobnęła, sprawdzając czy jestem jadalna. Pogłaskać się nie dała, ale kilka razy dała się pobawić w przeskakiwanie z dłoni na dłoń, po czym znudzona odfrunęła.
Piękny był dzisiejszy dzisiejszy dzień w Łazienkach Królewskich.
A tak swoją drogą..
Czy zdarzyło Ci się kiedyś modlić o coś dobrego dla kogoś, a raczej niemiłego Tobie?
Nie jest to jakieś wielkie poświęcenie.
Mi się to zdarza jako pewnego rodzaju zadośćuczynienie, gdy przyłapię się na przykrych myślach względem kogoś. W takich sytuacjach, gdy się opamiętam i zauważę głupotę własną, zastanawiam się nad tym czego tak na prawdę danej osobie może potrzeba, co by jej na dobre wyszło.
I wtedy o to się modlę, niezależnie jak ma się to do mnie.
Pierwszy raz Pan odpowiedział mi na taką modlitwę bardzo jednoznacznie i tak, że mogłam sama tego doświadczyć.
Byłam mocno zszokowana.
To oczywiste, że człowiek raczej spodziewa się odpowiedzi miłych sobie samemu.
Najpierw zupełnie nie wiedziałam jak zareagować, później gdy znalazłam się sama zaniosłam się bolesnym szlochaniem.
Na końcu... Podziękowałam Najwyższemu, że jest taki dobry i błogosławi ludziom, którzy Go potrzebują i że mnie tak dosadnie uczy.
To niezapomniana lekcja.
Coś jakby we mnie pękło i poczułam, że jakby nieco więcej rozumiem.
I poczułam się odrobinę bardziej wolna w Nim.
Gorąco polecam modlitwę o wrogów czy ludzi nam przykrych.
Pan potrafi docenić szczerość serca i wlać w nie spokój.
X, 5
Zim
JF
2 Moj. 20:12
Czcij ojca swego i matkę swoją, aby długo trwały twoje dni w ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie.
(BW)
Jak to dziś rozumieć?
Przede wszystkim znów: skoro to wskazanie znalazło się pośród dziesięciu na kamiennych tablicach, znaczy że nie jest sobie taką ot nieistotną sugestią.
Czcij.
Podziwiaj, szanuj. Zachwycaj się.
Czasem to trudne. Zwłaszcza w tym momencie życia, gdy młody człowiek okrywa, że rodzice to także ludzie, mają wady i bywają omylni.
Także wtedy, gdy rodzice są źródłem rozmaitych patologii w rodzinie.
Nawet gdy myślisz "nigdy nie chcę być taki jak ojciec" lub "nie będę powielać błędów matki" miej szacunek do rodziców.
Tak, są tylko ludźmi, ale to jaką ma się relację z domownikami odzwierciedla tak wiele naszych cech.
Powszechnie twierdzi się, że mężczyzna z czasem traktuje swoją żonę podobnie jak, traktował matkę.
Wiele kobiet nie zauważa jak bardzo ich partnerzy są podobni do ojców.
I płeć właściwie nie gra tu roli.
Nie da się uwolnić od doświadczeń domu rodzinnego, jednak da się kształtować swoje relacje, swój charakter i nastawienie do ludzi ogółem.
Najbliżsi pokazują nam jak trudno jest czasem akceptować, znajdować kompromisy.
Ćwiczą naszą cierpliwość i tolerancję, wymagają zaangażowania, czasem poświęcenia.
Jeśli nie mamy szacunku i respektu dla własnych rodziców, jeśli wyzywamy ich w rozmowach ze znajomymi, zrywamy kontakt po przeprowadzce lub oddajemy ich do domu starców - świadczy to o nas samych.
Nie o tym, jacy oni byli nieznośni, a o tym jak traktujemy świat.
Na pocieszenie mogę tylko zapewnić, że Ojciec Niebieski jest daleko bardziej doskonały, niż ludzie z krwi i kości. Jemu można zaufać bez ryzyka.
Jednak jeśli nie przełamiesz niechęci, jeśli nie nauczysz się doceniać i szanować własnych rodziców, bez względu na ich przywary i problemy, trudno będzie Ci zaufać Najwyższemu, mimo szczerych chęci.
Takie pełne desperacji zaufanie jest zwykle chwiejne i dramatyczne. I z dużym hukiem rozpęka się w drobne kawałki przy chwilach niepewności. Potem znów chce się te kawałki sklejać..
Nie jest to proste.
Sama wiem to dobrze.
Swego czasu unikałam przebywania w domu, byle dalej od nich.
Dłużej tak nie mogłam.
Skoro oni nic nie zmienili z tego, czego bym oczekiwałam - ja postanowiłam zadziałać, tak bardzo mi ich brakowało.
Zaczęłam zamiast słów używać gestów - przytulenia, pogłaskania, uśmiechu.
Nauczyłam się nieco więcej cierpliwości w słuchaniu, przestałam się złościć tyle za przerywanie moich słów.
Nie wyobrażajcie sobie rezultatów.
Spróbujcie.
Szacunek i zachwyt.
Należy się rodzicom.
Niezależnie jakimi ludźmi by nie byli - policz ile lat, sił, energii, wyrzeczeń poświęcili Tobie.
Że w ogóle przeżywamy okres bezbronnego dzieciństwa - to ich bezsprzeczna zasługa.
Czy jedyna?
Długie życie we własnym domu, nowej ziemi, nowej rodzinie. Szacunek i miłość od własnych dzieci. Oto następstwo.
Brzmi dobrze?
X, 4
Pamiętaj o dniu sabatu, aby go święcić.
Sześć dni będziesz pracował i wykonywał wszelką swoją pracę,
Ale siódmego dnia jest sabat Pana, Boga twego: Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służebnica, ani twoje bydło, ani obcy przybysz, który mieszka w twoich bramach.
Gdyż w sześciu dniach uczynił Pan niebo i ziemię, morze i wszystko, co w nich jest, a siódmego dnia odpoczął. Dlatego Pan pobłogosławił dzień sabatu i poświęcił go.
(BW)
Czy to przykazanie należy do tych mniej aktualnych, mniej istotnych?
Czy przedawniło się wraz z innymi ustępami Starego Testamentu, gdy największe proroctwo dopełniło się?
Jeśli tak, to dlaczego znajduje się tak blisko początku dekalogu? Dlaczego jest tak obszernie rozwinięte i dookreślone?
To wcale nie takie proste, dopełnić uczczenia dnia świętego.
Czy chodzi o to, by się obijać, siedzieć przed telewizorem lub komputerem i bezmyślnie przepędzać czas?
Czy tak jak tradycyjni Żydzi powinniśmy dnia siódmego liczyć postawione kroki i zapalać światło głosem, bez dotykania przełącznika?
W dzisiejszych czasach niektórzy ludzie pracują na zmiany i muszą to robić w niedzielę, by mieć z czego żyć. Nie jestem pewna co powinniśmy robić w takich sytuacjach. Może wyznaczyć inny dzień wolny, czy choć jego połowę, by oddać chwałę Panu?
Bo nie chodzi o to, byśmy mieli zabijać czas.
Chodzi o ofiarę miłą Bogu w postaci dnia, który Jemu poświęcamy.
Liczy się pamięć i odmienne zachowanie.
Niedziela jako dzień wolny nie ma sensu dla chrześcijanina, jeśli nie poświęci on choć odrobiny czasu tego dnia na modlitwę, czytanie Słowa, refleksję, czy to w kościele, czy choć w samotności, pomiędzy obowiązkami.
Wtedy jest tylko dniem ustawowo wolnym od pracy.
Może Panu miłe by było, by ze względu na niego przyłożyć tego dnia szczególną uwagę do uprzejmości, wyjątkowo pilnie starać się rozumieć innych ludzi, być wyrozumiałym, spędzić czas z rodziną lub samotnymi, pocieszyć smutnych, wspomóc słabych?
Skoro, jak można przeczytać we fragmencie, domownicy, podwładni ani goście nie powinni pracować tego dnia, to idealny czas na pielęgnowanie więzi z ludźmi i z Najwyższym.
Filip. 2:13
Albowiem Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie i wykonanie.
(BW)
Zarówno z pracą jak i z chwaleniem Jego imienia w adekwatny sposób.
Co zrobić, jeśli to chcenie jest, ale jakby niemrawe, a z wykonaniem gorzej?
Ja wciąż się o to modlę, co do różnych spraw.
I wierzę, że Pan ma moc zmieniać ludzi.
Mnie i innych.
Choć to nie najłatwiejsze w co można wierzyć...
Zobacz też:
Zim
JF
X, 2
Przyznam, że miałam zamiar napisać więcej, jednak zmęczenie po dwudniowych warsztatach gospel nie pozwoliło mi nic wykrzesać.
Zacytuję instruktora, który w czasie koncertu końcowego powiedział: Jeśli nie masz kogo kochać, zwróć się do Jezusa. On jeden odwzajemnia miłość tak wielką, że nie da się jej całej unieść. I nikt ani nic na Ziemi nie jest w stanie dorównać Panu w tej kwestii. Nikt ani nic nie odwzajemni miłości tak doskonale jak On.
Swoją drogą to wyjątkowa obietnica, że nasze dzieci i ich dzieci i ich dzieci (i tak tysiąc razy) będą doznawać błogosławieństwa, jeśli my zdecydujemy się kochać Boga i być mu posłusznymi.
On chce mieszkać w naszych sercach, na prawdę. Nie na obrazach, krucyfiksach, medalikach, wisiorkach, tatuażach, w figurkach, krzyżach, aureolach, witrażach...
Chce być z nami osobiście, nie zza pryzmatów.
Zobacz też:
JF
Zim