Z wczorajszego rozważania.
Biblijną historię o sztormie zna chyba każdy.
Wielu kaznodziei odwołuje się do niej.
W skrócie: Jezus wsiadł do łodzi z uczniami i zasnął. Potem nagle zerwała się burza.
Kolejny etap opisywany jest przez ewangelistów nieco rozbieżnie.
Tak sobie myślę, że oni tam tez byli i pisali potem w zależności od swoich odczuć.
Mateusz pisze: (8:25) I podszedłszy do niego zbudzili go słowami: Panie, ratuj, giniemy!
Jest w tym oddana bojaźń, bez wątpienia. Jest też desperacka prośba o ratunek, czyli przynajmniej częściowe założenie, że Pan jest w stanie przyjść z pomocą.
Marek oddaje sytuację nieco inaczej: (4:38) Budzą go więc i mówią do niego: Nauczycielu! Nic cię to nie obchodzi, że giniemy?
Tu nie ma prośby, nie ma pytania czy Jezus ma jakiś sposób na wyjście z opresji.
Tu jest oskarżenie, że tak na prawdę Jemu na swoich uczniach nie zależy.
Czy my nie mamy dziś tak samo?
Nie tylko względem Boga.
Zwyczajnie względem ludzi także.
Czy przypadkiem gdy przychodzą kłopoty cała nasza ufność nie legnie w gruzach?
Jakbym widziała samą siebie: coś idzie nie tak, ktoś mnie zawodzi i od razu mówię: pewnie nic cię to nie obchodzi, pewnie nie mam dla ciebie żadnego znaczenia.
Nieufność w czystej postaci.
Założenie, że mimo możliwości człowiek (lub Pan) nie podejmą działania na naszą korzyść.
Czemu jesteście tacy bojaźliwi? Jakże to, jeszcze wiary nie macie?
Nie chodzi tu o strach, do tego zawsze można znaleźć jakiś powód.
Chodzi o strachliwość, lękliwość, nieufność.
U jego podstawy leży wątpienie, czyli pewne przeciwieństwo optymizmu.
Przed nami nowy rok.
Większe i mniejsze burze życiowe, przed każdym.
Trudności, dylematy, niepowodzenia i próby.
Jakie? Czas pokaże.
Jak zareagujemy, gdy przyjdą?
Posiadanie najlepszych leków i znajomości z najlepszymi lekarzami nie gwarantuje, że nie zachorujemy.
Tak samo najszczersza więź z przyjacielem nie chroni przed nieufnością z rozmaitych, nieprzewidzianych powodów.
Identycznie obecność Pana przy nas każdego dnia nie daje gwarancji, że życie będzie w kolorach tęczy.
Lekarz wyciąga z choroby lub powoduje że śmierć nie jest tak bolesna.
Prawdziwy przyjaciel gotowy jest ponieść z nami każdy ciężar, dopóki może.
Najwyższy zawsze czuwa, byśmy podnieśli się po upadku, daje ramię do podparcia się.
Nothing surprises God ever.
Jesus is never late.
Czy w tym roku będziesz nieufny?
Ja powiem szczerze, że nie wiem, jak ze mną będzie.
Wciąż nie całkiem rozumiem co znaczy ufać.
Jestem jednak dobrej myśli.
I Ty bądź.
Dzielna kobieta - trudno o taką, jej wartość przewyższa perły...
Przypowieści Salomona 31:10-31
Spacer zimowy
Byłam dziś na spacerze.
Wyszłam na pocztę, jednak wracając nadłożyłam nieco drogi, by przejść się z dala od innych.
Byliśmy sami, we dwoje.
Śnieg skrzypiał pod nogami i padał z nieba radośnie, niebo ciemniało poprzez różne odcienie szarości.
Wypłoszyliśmy czaplę i kilka kaczek ze strumyka.
Dawno tak dobrze mi się nie rozmawiało.
Nie miałam dawno dla Niego czasu, unikałam dłuższych wymian zdań.
Teraz zatęskniłam tak mocno, mocno i mój upór pękł.
Powiedziałam Mu wszystko. Głośno i wyraźnie, dobierając słowa z głębi serca.
Raz łkając i puszczając po policzkach łzy, raz wzdychając i ściszając głos, to znów bezgłośnie, gdy ktoś przechodził obok.
Wszystko zostało powiedziane.
Wiele powtórzeń słowa "proszę" i wiele "dziękuję".
Wiele chęci zrozumienia i próśb o pomoc w ogarnięciu moich myśli.
Szczere przeprosiny i gorliwa prośba o wybaczenie..
To był wspaniały spacer.
Niemal romantyczne popołudnie z niezastąpionym Ukochanym.
I wiecie co jest najwspanialsze?
Że On nigdy się mną nie znudzi, ani nie zawiedzie się, ani nie będzie miał dość.
Bo On zna mnie lepiej niż ja sama, po stokroć.
Czasem żałuję tylko, że jest bezcielesny, bo nie może mnie fizycznie przytulić, gdy tego nieraz potrzeba.
Ale Najwyższy jest wcieloną Miłością i w tę świadomość mogę się wtulić niczym w materialne ciepło. Wystarczy odrobina wyobraźni, a tej mi nie brakuje.
Ku pamięci:
Jezus jest miłością.
Jeśli potrzebujesz - może być Twoim niezawodnym Ukochanym.
Zupełnie bez znaczenia kim jesteś, przecież i tak wie o Tobie wszystko.
I właśnie dla tego kocha Cię nad życie.
Dosłownie: ponad życie - oddał swoje niewinne istnienie ziemskie za Ciebie, w niezasłużonym, wielkim bólu.
Wyszłam na pocztę, jednak wracając nadłożyłam nieco drogi, by przejść się z dala od innych.
Byliśmy sami, we dwoje.
Śnieg skrzypiał pod nogami i padał z nieba radośnie, niebo ciemniało poprzez różne odcienie szarości.
Wypłoszyliśmy czaplę i kilka kaczek ze strumyka.
Dawno tak dobrze mi się nie rozmawiało.
Nie miałam dawno dla Niego czasu, unikałam dłuższych wymian zdań.
Teraz zatęskniłam tak mocno, mocno i mój upór pękł.
Powiedziałam Mu wszystko. Głośno i wyraźnie, dobierając słowa z głębi serca.
Raz łkając i puszczając po policzkach łzy, raz wzdychając i ściszając głos, to znów bezgłośnie, gdy ktoś przechodził obok.
Wszystko zostało powiedziane.
Wiele powtórzeń słowa "proszę" i wiele "dziękuję".
Wiele chęci zrozumienia i próśb o pomoc w ogarnięciu moich myśli.
Szczere przeprosiny i gorliwa prośba o wybaczenie..
To był wspaniały spacer.
Niemal romantyczne popołudnie z niezastąpionym Ukochanym.
I wiecie co jest najwspanialsze?
Że On nigdy się mną nie znudzi, ani nie zawiedzie się, ani nie będzie miał dość.
Bo On zna mnie lepiej niż ja sama, po stokroć.
Czasem żałuję tylko, że jest bezcielesny, bo nie może mnie fizycznie przytulić, gdy tego nieraz potrzeba.
Ale Najwyższy jest wcieloną Miłością i w tę świadomość mogę się wtulić niczym w materialne ciepło. Wystarczy odrobina wyobraźni, a tej mi nie brakuje.
Ku pamięci:
Jezus jest miłością.
Jeśli potrzebujesz - może być Twoim niezawodnym Ukochanym.
Zupełnie bez znaczenia kim jesteś, przecież i tak wie o Tobie wszystko.
I właśnie dla tego kocha Cię nad życie.
Dosłownie: ponad życie - oddał swoje niewinne istnienie ziemskie za Ciebie, w niezasłużonym, wielkim bólu.
Święta Bożego Narodzenia
Wczoraj Świąteczna atmosfera dotarła do mnie, mimo długiego oporu myśli różnych, okolicznych, nie świątecznych.
Co to jest dla mnie, ta aura?
Nie chodzi o zapach iglastych gałązek, spływający przyjemnie po ścianach, czy słodko-wytrawną woń kompotu z suszu.
To nie kwestia śniegu skrzypiącego radośnie pod stopami (jeszcze wczoraj).
Ani nie chodzi o to, że już nie ma zajęć na uczelni.
Późne wstawanie, spotkania, sprzątanie, wigilijki grupowe, szukanie i pakowanie prezentów, ubieranie choinki, piernikowy aromat... To wszystko bardzo miłe i okołoświąteczne, jednak nie wystarczyło do ocieplenia mojego serduszka.
Cóż zatem?
Wróciłam późno minionego wieczoru, zmęczona po długim dniu.
W kuchni zastałam rodziców.
Stół nosił ślady smacznej kolacji, kieliszki pachniały już tylko trochę czerwonym winem.
Śmiech, wspólne gotowanie, ciepłe spojrzenia i słowa między nimi.
Nagle całe moje nastawienie z upartym cieniem smutku prysło.
Poczułam się pośród tych uśmiechów szczęśliwa.
Jak wiele mamy, jak bardzo tego nie doceniamy.
Rodzina - jaka to nieopisana wartość, niezależnie z ilu osób się składa.
Jakże łatwo jest zauważać wady najbliższych, a jak czasem trudno pamiętać, że są nam na prawdę potrzebni i kochani tacy, jacy są.
Właściwie - czy można nie lubić Świąt, jak to niektórzy mawiają, że mają?
Jeśli traktujemy owe dni jak suchą tradycję, sprzątanie, gotowanie i zakupy do upadłego;
jeśli czujemy się pod przymusem siedzenia przy zbyt suto zastawionym stole pośród nielubianych krewnych, wyczekujemy jedynie prezentów i liczymy godziny i kolejne obiady w cudzych domach, jeśli to są święta obżarstwa i nudy - można nie lubić, nie znosić tej całej otoczki, trudno się dziwić.
Jednak - jaki sens ma to wszystko?
Te tysiące promocji, stosy tradycji, choinki w każdym domu, wycieczka do kościoła ten raz czy drugi w roku, pośpiech i starania, by wszystko było jak ma być?
Jaki sens mają Święta dla wyznawców wszystkich niechrześcijańskich religii i ideologii?
Święta Bożego Narodzenia to radość z przyjścia na świat w osobie człowieka Najwyższego .
To symboliczna rocznica, zaledwie zapowiedź prawdziwie niepowtarzalnego wydarzenia - odkupienia i zbawienia.
Zastanawiam się nieraz po co to wszystko, jeśli nie przykłada się wagi do istoty tych dni.
Tak, to bardzo ładne, że jest tradycja i rodzina, ale dlaczego nie z okazji nowego roku kalendarzowego, najdłuższej nocy czy pierwszego śniegu?
Dlaczego i po co wszyscy podczepili się pod jedno z największych Świąt wyznawców Jezusa Chrystusa jako Boga?
Czy tylko po to, by umniejszyć Pana do noworodka w żłobie a czas wspominania Jego przyjścia sprowadzić do przejedzenia i mdłości społecznych?
Czasem nie umiem znaleźć się pośród Świąt.
Z przyzwyczajenia zdążam myślami tam, gdzie wszyscy, czyli w różne nisze z dala od głównego przesłania.
Pan przyszedł, umniejszył się do ludzkiego wymiaru niewyobrażalnym sposobem, mimo że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość mieszczą się w Jego umyśle w całości bez najmniejszego problemu. On stał się najmniejszym ze wszystkich, od początku mając na celu odkupić przewinienia Jego ludu w cierpieniach.
Czy to nie jest wystarczająco niesamowite?
Ta myśl mogłaby zająć wiele godzin kontemplacji i zastanowień.
Tymczasem wolimy myśleć o rodzinie i wszystkim co trzeba i co można i co było.
Życzę Wam, byście mogli przeżyć te Święta tak, jak chcielibyście w sercu.
Bez obłudy i sztuczności.
Każdy według własnego sumienia i przekonań.
Skupiając się na tym, co najważniejsze dla Was w Świętach.
Co to jest dla mnie, ta aura?
Nie chodzi o zapach iglastych gałązek, spływający przyjemnie po ścianach, czy słodko-wytrawną woń kompotu z suszu.
To nie kwestia śniegu skrzypiącego radośnie pod stopami (jeszcze wczoraj).
Ani nie chodzi o to, że już nie ma zajęć na uczelni.
Późne wstawanie, spotkania, sprzątanie, wigilijki grupowe, szukanie i pakowanie prezentów, ubieranie choinki, piernikowy aromat... To wszystko bardzo miłe i okołoświąteczne, jednak nie wystarczyło do ocieplenia mojego serduszka.
Cóż zatem?
Wróciłam późno minionego wieczoru, zmęczona po długim dniu.
W kuchni zastałam rodziców.
Stół nosił ślady smacznej kolacji, kieliszki pachniały już tylko trochę czerwonym winem.
Śmiech, wspólne gotowanie, ciepłe spojrzenia i słowa między nimi.
Nagle całe moje nastawienie z upartym cieniem smutku prysło.
Poczułam się pośród tych uśmiechów szczęśliwa.
Jak wiele mamy, jak bardzo tego nie doceniamy.
Rodzina - jaka to nieopisana wartość, niezależnie z ilu osób się składa.
Jakże łatwo jest zauważać wady najbliższych, a jak czasem trudno pamiętać, że są nam na prawdę potrzebni i kochani tacy, jacy są.
Właściwie - czy można nie lubić Świąt, jak to niektórzy mawiają, że mają?
Jeśli traktujemy owe dni jak suchą tradycję, sprzątanie, gotowanie i zakupy do upadłego;
jeśli czujemy się pod przymusem siedzenia przy zbyt suto zastawionym stole pośród nielubianych krewnych, wyczekujemy jedynie prezentów i liczymy godziny i kolejne obiady w cudzych domach, jeśli to są święta obżarstwa i nudy - można nie lubić, nie znosić tej całej otoczki, trudno się dziwić.
Jednak - jaki sens ma to wszystko?
Te tysiące promocji, stosy tradycji, choinki w każdym domu, wycieczka do kościoła ten raz czy drugi w roku, pośpiech i starania, by wszystko było jak ma być?
Jaki sens mają Święta dla wyznawców wszystkich niechrześcijańskich religii i ideologii?
Święta Bożego Narodzenia to radość z przyjścia na świat w osobie człowieka Najwyższego .
To symboliczna rocznica, zaledwie zapowiedź prawdziwie niepowtarzalnego wydarzenia - odkupienia i zbawienia.
Zastanawiam się nieraz po co to wszystko, jeśli nie przykłada się wagi do istoty tych dni.
Tak, to bardzo ładne, że jest tradycja i rodzina, ale dlaczego nie z okazji nowego roku kalendarzowego, najdłuższej nocy czy pierwszego śniegu?
Dlaczego i po co wszyscy podczepili się pod jedno z największych Świąt wyznawców Jezusa Chrystusa jako Boga?
Czy tylko po to, by umniejszyć Pana do noworodka w żłobie a czas wspominania Jego przyjścia sprowadzić do przejedzenia i mdłości społecznych?
Czasem nie umiem znaleźć się pośród Świąt.
Z przyzwyczajenia zdążam myślami tam, gdzie wszyscy, czyli w różne nisze z dala od głównego przesłania.
Pan przyszedł, umniejszył się do ludzkiego wymiaru niewyobrażalnym sposobem, mimo że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość mieszczą się w Jego umyśle w całości bez najmniejszego problemu. On stał się najmniejszym ze wszystkich, od początku mając na celu odkupić przewinienia Jego ludu w cierpieniach.
Czy to nie jest wystarczająco niesamowite?
Ta myśl mogłaby zająć wiele godzin kontemplacji i zastanowień.
Tymczasem wolimy myśleć o rodzinie i wszystkim co trzeba i co można i co było.
Życzę Wam, byście mogli przeżyć te Święta tak, jak chcielibyście w sercu.
Bez obłudy i sztuczności.
Każdy według własnego sumienia i przekonań.
Skupiając się na tym, co najważniejsze dla Was w Świętach.
po koncercie w filharmonii
List do sama-nie-wiem-kogo
Jeśli spotkasz mnie we mgle i zobaczysz w moich oczach lśnienie nie wiadomo skąd wiedz, że wcale nie patrzę na Ciebie.
Wzrok mój sięga w dal, w głąb, w przestrzeń.
Mimo to, jeśli uznasz, że to miły blask - zostań.
Weź mnie za rękę, może nie zauważę.
Zaprowadź tam, gdzie symfonię tworzy prawdziwa orkiestra.
Nakarm mnie dźwiękiem, muzyką, drganiem.
Skóra moja przyjemnie ścierpnie, tak miłe są mi te wibracje.
Puls przyspieszy, policzki zarumienią się lekko.
Napięcie zejdzie z mojego ciała.
Zasłucham się cała i rozpłynę w melodii.
Gdy głowę przechylę na bok, nasycona harmonią, zabierz mnie stamtąd.
Zostańmy sami: ja, ty i fortepian.
Połóż dłonie na białych klawiszach. Graj i przymruż oko na moją profanację, gdyż przytulę do niego policzek, potem dłonie a potem niemal nie wiadomo kiedy bedę cała na lśniącej powierzchni i chłonąć będę drżenie.
Przymrużę powieki i uśmiechnę uchylone usta.
Będę pić dźwięki całym ciałem, rozpłynięta w każdym calu.
Gdy wybrzmią ostatnie akordy - sfrunę znów na ziemię, już szalenie senna.
Wtedy przytul mnie, nie zdziwię się już, przyłożę ucho do Twojego mostka i zasłucham się w rytmie bijącego serca.
Połóż mnie w pachnącej pościeli i pogładź po policzku wierzchem dłoni.
Lśnienie z moich źrenic będzie już w innym odcieniu, zaśnie wraz z duszą, gdy opadną do końca powieki.
Nie odchodź wtedy, sen mój spokojny podążać będzie za melodią Twojego oddechu.
Po nocy, tuz przed świtaniem, ucichniesz.
Znikniesz wraz z cieniami dookoła.
Strzepnę w porannej ciszy sen z rzęs.
Rozejrzę się uważnie, sprawdzę, czy aby na pewno nie ma Cię pod łóżkiem, za zasłoną.
Nie znajdę.
Przypomnę sobie, że Cię nie ma(m?).
Być może nawet wcale nie istniejesz teraz, ani przedtem.
Mimo to dusza moja trwać będzie w harmonii, póki nikt jej nie zakłóci.
Dopóki brzmieć będzie we mnie muzyka, nasycona będę pokojem.
Osobowość moja będzie tak przytulnie spójna.
Tak rozkosznie jednolita...
* * *
Czyja to twarz z takim zastanowieniem patrzy na mnie w szybie?
Czyją to figurę widzę w przymierzalni, wybierając spodnie pierwszy raz od dawna?
Czyje to stopy idą przede mną, osobliwie zmieniając kształt przy styku z podłogą?
Dłonie są moje, to wiem, rozpoznaję wszystkie blizny i zniekształcenia na nich. Pieprzyki tu i tam tez kojarzę. I włosy.
Ale reszta? Ten głos, mimika, dynamika ciała?
Kim jest ta dziwna osoba w lustrze?
Czuję się nieswojo...
Jeśli spotkasz mnie we mgle i zobaczysz w moich oczach lśnienie nie wiadomo skąd wiedz, że wcale nie patrzę na Ciebie.
Wzrok mój sięga w dal, w głąb, w przestrzeń.
Mimo to, jeśli uznasz, że to miły blask - zostań.
Weź mnie za rękę, może nie zauważę.
Zaprowadź tam, gdzie symfonię tworzy prawdziwa orkiestra.
Nakarm mnie dźwiękiem, muzyką, drganiem.
Skóra moja przyjemnie ścierpnie, tak miłe są mi te wibracje.
Puls przyspieszy, policzki zarumienią się lekko.
Napięcie zejdzie z mojego ciała.
Zasłucham się cała i rozpłynę w melodii.
Gdy głowę przechylę na bok, nasycona harmonią, zabierz mnie stamtąd.
Zostańmy sami: ja, ty i fortepian.
Połóż dłonie na białych klawiszach. Graj i przymruż oko na moją profanację, gdyż przytulę do niego policzek, potem dłonie a potem niemal nie wiadomo kiedy bedę cała na lśniącej powierzchni i chłonąć będę drżenie.
Przymrużę powieki i uśmiechnę uchylone usta.
Będę pić dźwięki całym ciałem, rozpłynięta w każdym calu.
Gdy wybrzmią ostatnie akordy - sfrunę znów na ziemię, już szalenie senna.
Wtedy przytul mnie, nie zdziwię się już, przyłożę ucho do Twojego mostka i zasłucham się w rytmie bijącego serca.
Połóż mnie w pachnącej pościeli i pogładź po policzku wierzchem dłoni.
Lśnienie z moich źrenic będzie już w innym odcieniu, zaśnie wraz z duszą, gdy opadną do końca powieki.
Nie odchodź wtedy, sen mój spokojny podążać będzie za melodią Twojego oddechu.
Po nocy, tuz przed świtaniem, ucichniesz.
Znikniesz wraz z cieniami dookoła.
Strzepnę w porannej ciszy sen z rzęs.
Rozejrzę się uważnie, sprawdzę, czy aby na pewno nie ma Cię pod łóżkiem, za zasłoną.
Nie znajdę.
Przypomnę sobie, że Cię nie ma(m?).
Być może nawet wcale nie istniejesz teraz, ani przedtem.
Mimo to dusza moja trwać będzie w harmonii, póki nikt jej nie zakłóci.
Dopóki brzmieć będzie we mnie muzyka, nasycona będę pokojem.
Osobowość moja będzie tak przytulnie spójna.
Tak rozkosznie jednolita...
* * *
Czyja to twarz z takim zastanowieniem patrzy na mnie w szybie?
Czyją to figurę widzę w przymierzalni, wybierając spodnie pierwszy raz od dawna?
Czyje to stopy idą przede mną, osobliwie zmieniając kształt przy styku z podłogą?
Dłonie są moje, to wiem, rozpoznaję wszystkie blizny i zniekształcenia na nich. Pieprzyki tu i tam tez kojarzę. I włosy.
Ale reszta? Ten głos, mimika, dynamika ciała?
Kim jest ta dziwna osoba w lustrze?
Czuję się nieswojo...
Z jak zaufanie
zaufać
1. «powierzyć swoje sprawy osobie lub instytucji, której się ufa»
2. «uznać, że czyjeś słowa, informacje itp. są prawdziwe»
3. «uznać, że ktoś posiada jakieś umiejętności i potrafi je odpowiednio wykorzystać»
PWN
Kluczowa dla mnie jest definicja druga.
A krótko według własnych refleksji:
Co to jest zaufanie?
To każdorazowe podejmowanie ryzyka.
Akt wiary, że podmiot spełni oczekiwanie, tj. zachowa się właściwie, pozytywnie.
Owo przekonanie, uznanie, że tak właśnie będzie, nie jest podparte wiedzą, w gruncie rzeczy nie posiada żadnej realnej gwarancji.
To domniemanie optymalnego toru rzeczy, lub domniemanie niewinności.
Wiara, że nie ma powodu do obaw.
Wypływa z niego spokój, swoisty optymizm.
Czasem zaufanie jest zbudować łatwo, gdy ma się wiele informacji potwierdzających rzetelność podmiotu. Zaufania tu jednak mało, tyle ile niepewności.
Czasem, raczej rzadko, podejmujemy się zaufania wbrew logice, podejmujemy ryzyko. To dopiero jest prawdziwa ufność. Tak duża, jak cała niewiedza, jak to będzie.
To, czy podmiot jest godny zaufania nie jest stałe ani wymierne.
W zależności od ryzyka podjętego za strony ufającego - podmiot może zmienić swoje nastawienie czy postępowanie.
Jak się czujesz, gdy wiesz, że ktoś pokłada w Tobie zaufanie?
Ja czuję się natychmiast bardziej zmotywowana.
Rzecz nie w tym, czy ludzie są godni zaufania.
Nie w tym, że w dzisiejszych czasach nie można już nikomu ufać.
To wszystko jest kwestia decyzji:
podejmujesz ryzyko, czy nie?
Kalkulacja i decyzja. Tyle.
I parafrazując pewnego jeszcze mało znanego człowieka:
Dopóki wszystko jest dobrze nie ma mowy o zaufaniu. Wychodzi na jaw (lub okazuje się, że go nie ma) dopiero przy trudnościach, problemach, próbie.
Ja?
Często wracam do przeszłości, mówię: a przecież tak ci ufałam...
Skoro w trudności ufność prysła, czy nie było to raczej oczekiwanie, że nie będę musiała sprawdzać, czy ufam? Czy nie była to naiwna nadzieja, że wszystko będzie łatwe, miłe o przyjemne, bez ryzyka o którego podjęciu samej przyjdzie mi zdecydować?
365 times in the Bible there is an expression: fear not
1. «powierzyć swoje sprawy osobie lub instytucji, której się ufa»
2. «uznać, że czyjeś słowa, informacje itp. są prawdziwe»
3. «uznać, że ktoś posiada jakieś umiejętności i potrafi je odpowiednio wykorzystać»
PWN
Kluczowa dla mnie jest definicja druga.
A krótko według własnych refleksji:
Co to jest zaufanie?
To każdorazowe podejmowanie ryzyka.
Akt wiary, że podmiot spełni oczekiwanie, tj. zachowa się właściwie, pozytywnie.
Owo przekonanie, uznanie, że tak właśnie będzie, nie jest podparte wiedzą, w gruncie rzeczy nie posiada żadnej realnej gwarancji.
To domniemanie optymalnego toru rzeczy, lub domniemanie niewinności.
Wiara, że nie ma powodu do obaw.
Wypływa z niego spokój, swoisty optymizm.
Czasem zaufanie jest zbudować łatwo, gdy ma się wiele informacji potwierdzających rzetelność podmiotu. Zaufania tu jednak mało, tyle ile niepewności.
Czasem, raczej rzadko, podejmujemy się zaufania wbrew logice, podejmujemy ryzyko. To dopiero jest prawdziwa ufność. Tak duża, jak cała niewiedza, jak to będzie.
To, czy podmiot jest godny zaufania nie jest stałe ani wymierne.
W zależności od ryzyka podjętego za strony ufającego - podmiot może zmienić swoje nastawienie czy postępowanie.
Jak się czujesz, gdy wiesz, że ktoś pokłada w Tobie zaufanie?
Ja czuję się natychmiast bardziej zmotywowana.
Rzecz nie w tym, czy ludzie są godni zaufania.
Nie w tym, że w dzisiejszych czasach nie można już nikomu ufać.
To wszystko jest kwestia decyzji:
podejmujesz ryzyko, czy nie?
Kalkulacja i decyzja. Tyle.
I parafrazując pewnego jeszcze mało znanego człowieka:
Dopóki wszystko jest dobrze nie ma mowy o zaufaniu. Wychodzi na jaw (lub okazuje się, że go nie ma) dopiero przy trudnościach, problemach, próbie.
Ja?
Często wracam do przeszłości, mówię: a przecież tak ci ufałam...
Skoro w trudności ufność prysła, czy nie było to raczej oczekiwanie, że nie będę musiała sprawdzać, czy ufam? Czy nie była to naiwna nadzieja, że wszystko będzie łatwe, miłe o przyjemne, bez ryzyka o którego podjęciu samej przyjdzie mi zdecydować?
365 times in the Bible there is an expression: fear not
Z jak zazdrość
Co to jest?
Emocja. Z definicji - jeśli trwa dłużej przekształca się w uczucie.
1. «uczucie przykrości spowodowane brakiem czegoś, co bardzo chce się mieć i co inna osoba już ma»
2. «silne uczucie niepokoju, że ukochana osoba mogłaby nas zdradzić»
(PWN)
Skupmy się na drugim znaczeniu, nieco głębszym.
Jako emocja, jeśli dobrze się z nią obchodzić i jeśli nie jest zbyt silna, może być dobra. Może świadczyć o prawdziwości i szczerości. Może chronić przed pokusą niewierności w związku.
Może tyczyć się każdej bliskiej osoby: ukochanego, przyjaciela, członka rodziny.
Zwykle wiąże się z poświęcaniem zbyt małej ilości czasu i uwagi, poczucia niedowartościowania, niezaopiekowania, bycia ignorowanym.
Łączy się z obawą, że nie jest się wystarczającym dla bliskiej osoby, że straciła nami zainteresowanie.
Zwykle ten niepokój jest bezpodstawny, świadczy raczej o spadku naszej własnej samooceny z jakichś innych powodów bądź wyciąganiu pochopnych, wyolbrzymionych wniosków z niewyjaśnionych zdarzeń.
Dopóki zdarza się epizodycznie wszystko jest w porządku.
Nawet jeśli wyleje się ją w przypływie rozemocjonowania - szczerość powinna doprowadzić do porozumienia a cała sytuacja skończyć na ufnym uścisku, w kochających ramionach.
Problem zaczyna się, gdy coś więcej przyłącza się do zazdrości.
Po pierwsze - gdy łączy się oba słownikowe znaczenia, uprzedmiotawiając osobę, roszcząc sobie do niej prawo własności i wyłączności, ograniczając, narzucając. Wtedy gotowość zrozumienia i zatroszczenia się spada z jej strony. Ona także czuje się pokrzywdzona w pewien sposób, co daje pętlę: obie strony ponoszą pewną winę i obie czują się dotknięte.
Po drugie - gdy zazdrości się bezprawnie. Wtedy, kiedy myśli się tak o osobie ukochanej bez wzajemności. Wtedy, gdy nie należy ona do nas w żadnym stopniu, mimo chęci i marzeń. Obiekt może nawet nie być świadomy emocji w nas, a my we własnym wnętrzu karmimy żółcią rozgoryczonego stwora, zatruwając własne wnętrze i odnosząc się do innych dziwacznie, niezrozumiale dla nich, niczemu nie winnych. To poświęcanie czasu i energii iluzjom i imaginacjom, marnowanie sobie (i nie tylko) życia. To prosta droga do zgorzknienia, postępująca korozja charakteru i duszy. To wreszcie głupia rezygnacja z szansy do stworzenia swojego szczęścia i budującego obserwowania cudzego.
Po trzecie - gdy zazdrość przyrasta do nas, gdy staje się permanentnym uczuciem, przeświadczeniem i stałą obawą. Wtedy prowadzi do nawyku katastroficznego myślenia i zatruwa więzi, staje się mało zależna od rzeczywistości, scala się z charakterem i sposobem postrzegania całego świata. Rodzi ból i nieporozumienia.
Z pewnością można by po namyśle wykazać więcej oblicz chorej zazdrości.
Rozważmy jednak, zamiast dalszego wyliczania, skąd może brać się to zjawisko?
Wątpię, by człowiek rodził się z tendencją do zazdrości.
Uczy się jej z czasem.
Zatem dzieciństwo i wychowanie.
Dziecko uczy się zazdrości, gdy daje się mu przywyknąć do poczucia niesprawiedliwego traktowania. Gdy dopuszcza się do sytuacji, że czuje się gorsze, pominięte. Gdy poświęca mu się niewiele uwagi i zainteresowania, okazuje zbyt mało ciepła i buduje poczucie, że na miłość trzeba zapracować, zasłużyć, że to rzecz względna. Gdy nie tłumaczy się takiemu niewielkiemu człowieczkowi, że się go kocha i nie ma się czego obawiać.
Kluczowe mechanizmy tu występujące to:
- błędne założenie, że maluch jeszcze nie zrozumie takich spraw, więc nie warto się przed nim tłumaczyć, dlaczego ma się mało czasu itp.
- podejście uogólnione, jak do każdego przeciętnego dziecka, bez uwzględnienia indywidualnych cech, stopnia wrażliwości i potrzeby uwagi
- warunkowe manipulowanie na poczuciu akceptacji dziecka
- brak starania o atmosferę bezpieczeństwa
- niekonsekwencja (traktowanie malucha różnie w zależności od własnych nastrojów i stanów wewnętrznych)
W wyniku takiego obrotu rzeczy dziecko zaczyna być zazdrosne (także z udziałem nauki przez naśladownictwo np. drugiego rodzica). Uczy się tego dobrze, często chowając głęboko w środku. Takiej nauki się nie zapomina, wchodzi ona w krew i wiele lat później bardzo łatwo ją sobie przypomnieć.
Powstaje życiowa postawa oparta na zazdrości, poczuciu niesprawiedliwości i obawie.
Emanuje to na wszystkie relacje i interakcje międzyludzkie, harmonijnie zgrywa się z niskim poczuciem wartości.
Takie niby dorośnięte dziecko nie potrafi być szczęśliwe dłużej niż kilka chwil, wciąż czeka na dowartościowanie i bodźce oceniające z zewnątrz.
W nim mieszka rozbudowany potencjał chorej zazdrości.
Znów doszłam do podsumowania, że tak wiele zależy od pierwszych lat życia.
Zdaje się, że rozważanie powyższe nie brzmi zbyt pozytywnie, mimo że dla mnie jest na prawdę konstruktywne, bo zawiera pewną analizę, podstawę do rozwoju ku lepszemu.
Po wysłowieniu tych myśli spostrzegłam jeszcze coś.
Nie wiem kiedy ukształtował się mój filozoficznawy pogląd na naturę człowieka w momencie przyjścia na świat.
Dwie przeciwstawne opinie głoszą w uproszczeniu, że nowy człowiek jest z natury albo zły, albo dobry.
Ja widzę rzecz tak:
- noworodek to czysta kartka, życie ją wypełni
- posiada potencjał do działania i nauki, także do złych wyborów
- z natury jest bardziej twórczy, niż destruktywny, to zapewnia mu przeżycie
- nie mając zakodowanych konkretnych wzorców moralnych buduje się poprzez naśladownictwo oraz metodę prób i błędów
- jest bardzo podatny na wpływy zewnętrzne, to czego doświadcza w maleńkości najmocniej zostaje w jego duszy i wpływa na całą resztę życia
podsumowując: anie dobro ani zło, tylko potencjał, energia twórcza. I ogromna zależność od opiekunów.
Z czasem, w człowieku dorastającym, potencjał może być podtrzymywany lub gaszony. W pewnym momencie wszystko zależy już od niego samego i może albo kontynuować naukę i przyzwyczajenia z domu rodzinnego (twórcze bądź niszczące) lub zbuntować się, walczyć o zmianę swoich fundamentów (znów w obie możliwe strony).
Czy zatem niezależnie od wszystkiego każdy człowiek zachowuje możliwość tworzenia, dążenia do dobra?
Wierzę, że tak, że to wszystko kwestia decyzji i wyborów.
Owszem, czasem realizacja zmian jest trudna, zdaje się niemożliwa, jednak wierzę, że można osiągnąć wszystko.
Filip. 4:13
Wszystko mogę w tym, który mnie wzmacnia, w Chrystusie.
(BW)
Emocja. Z definicji - jeśli trwa dłużej przekształca się w uczucie.
1. «uczucie przykrości spowodowane brakiem czegoś, co bardzo chce się mieć i co inna osoba już ma»
2. «silne uczucie niepokoju, że ukochana osoba mogłaby nas zdradzić»
(PWN)
Skupmy się na drugim znaczeniu, nieco głębszym.
Jako emocja, jeśli dobrze się z nią obchodzić i jeśli nie jest zbyt silna, może być dobra. Może świadczyć o prawdziwości i szczerości. Może chronić przed pokusą niewierności w związku.
Może tyczyć się każdej bliskiej osoby: ukochanego, przyjaciela, członka rodziny.
Zwykle wiąże się z poświęcaniem zbyt małej ilości czasu i uwagi, poczucia niedowartościowania, niezaopiekowania, bycia ignorowanym.
Łączy się z obawą, że nie jest się wystarczającym dla bliskiej osoby, że straciła nami zainteresowanie.
Zwykle ten niepokój jest bezpodstawny, świadczy raczej o spadku naszej własnej samooceny z jakichś innych powodów bądź wyciąganiu pochopnych, wyolbrzymionych wniosków z niewyjaśnionych zdarzeń.
Dopóki zdarza się epizodycznie wszystko jest w porządku.
Nawet jeśli wyleje się ją w przypływie rozemocjonowania - szczerość powinna doprowadzić do porozumienia a cała sytuacja skończyć na ufnym uścisku, w kochających ramionach.
Problem zaczyna się, gdy coś więcej przyłącza się do zazdrości.
Po pierwsze - gdy łączy się oba słownikowe znaczenia, uprzedmiotawiając osobę, roszcząc sobie do niej prawo własności i wyłączności, ograniczając, narzucając. Wtedy gotowość zrozumienia i zatroszczenia się spada z jej strony. Ona także czuje się pokrzywdzona w pewien sposób, co daje pętlę: obie strony ponoszą pewną winę i obie czują się dotknięte.
Po drugie - gdy zazdrości się bezprawnie. Wtedy, kiedy myśli się tak o osobie ukochanej bez wzajemności. Wtedy, gdy nie należy ona do nas w żadnym stopniu, mimo chęci i marzeń. Obiekt może nawet nie być świadomy emocji w nas, a my we własnym wnętrzu karmimy żółcią rozgoryczonego stwora, zatruwając własne wnętrze i odnosząc się do innych dziwacznie, niezrozumiale dla nich, niczemu nie winnych. To poświęcanie czasu i energii iluzjom i imaginacjom, marnowanie sobie (i nie tylko) życia. To prosta droga do zgorzknienia, postępująca korozja charakteru i duszy. To wreszcie głupia rezygnacja z szansy do stworzenia swojego szczęścia i budującego obserwowania cudzego.
Po trzecie - gdy zazdrość przyrasta do nas, gdy staje się permanentnym uczuciem, przeświadczeniem i stałą obawą. Wtedy prowadzi do nawyku katastroficznego myślenia i zatruwa więzi, staje się mało zależna od rzeczywistości, scala się z charakterem i sposobem postrzegania całego świata. Rodzi ból i nieporozumienia.
Z pewnością można by po namyśle wykazać więcej oblicz chorej zazdrości.
Rozważmy jednak, zamiast dalszego wyliczania, skąd może brać się to zjawisko?
Wątpię, by człowiek rodził się z tendencją do zazdrości.
Uczy się jej z czasem.
Zatem dzieciństwo i wychowanie.
Dziecko uczy się zazdrości, gdy daje się mu przywyknąć do poczucia niesprawiedliwego traktowania. Gdy dopuszcza się do sytuacji, że czuje się gorsze, pominięte. Gdy poświęca mu się niewiele uwagi i zainteresowania, okazuje zbyt mało ciepła i buduje poczucie, że na miłość trzeba zapracować, zasłużyć, że to rzecz względna. Gdy nie tłumaczy się takiemu niewielkiemu człowieczkowi, że się go kocha i nie ma się czego obawiać.
Kluczowe mechanizmy tu występujące to:
- błędne założenie, że maluch jeszcze nie zrozumie takich spraw, więc nie warto się przed nim tłumaczyć, dlaczego ma się mało czasu itp.
- podejście uogólnione, jak do każdego przeciętnego dziecka, bez uwzględnienia indywidualnych cech, stopnia wrażliwości i potrzeby uwagi
- warunkowe manipulowanie na poczuciu akceptacji dziecka
- brak starania o atmosferę bezpieczeństwa
- niekonsekwencja (traktowanie malucha różnie w zależności od własnych nastrojów i stanów wewnętrznych)
W wyniku takiego obrotu rzeczy dziecko zaczyna być zazdrosne (także z udziałem nauki przez naśladownictwo np. drugiego rodzica). Uczy się tego dobrze, często chowając głęboko w środku. Takiej nauki się nie zapomina, wchodzi ona w krew i wiele lat później bardzo łatwo ją sobie przypomnieć.
Powstaje życiowa postawa oparta na zazdrości, poczuciu niesprawiedliwości i obawie.
Emanuje to na wszystkie relacje i interakcje międzyludzkie, harmonijnie zgrywa się z niskim poczuciem wartości.
Takie niby dorośnięte dziecko nie potrafi być szczęśliwe dłużej niż kilka chwil, wciąż czeka na dowartościowanie i bodźce oceniające z zewnątrz.
W nim mieszka rozbudowany potencjał chorej zazdrości.
Znów doszłam do podsumowania, że tak wiele zależy od pierwszych lat życia.
Zdaje się, że rozważanie powyższe nie brzmi zbyt pozytywnie, mimo że dla mnie jest na prawdę konstruktywne, bo zawiera pewną analizę, podstawę do rozwoju ku lepszemu.
Po wysłowieniu tych myśli spostrzegłam jeszcze coś.
Nie wiem kiedy ukształtował się mój filozoficznawy pogląd na naturę człowieka w momencie przyjścia na świat.
Dwie przeciwstawne opinie głoszą w uproszczeniu, że nowy człowiek jest z natury albo zły, albo dobry.
Ja widzę rzecz tak:
- noworodek to czysta kartka, życie ją wypełni
- posiada potencjał do działania i nauki, także do złych wyborów
- z natury jest bardziej twórczy, niż destruktywny, to zapewnia mu przeżycie
- nie mając zakodowanych konkretnych wzorców moralnych buduje się poprzez naśladownictwo oraz metodę prób i błędów
- jest bardzo podatny na wpływy zewnętrzne, to czego doświadcza w maleńkości najmocniej zostaje w jego duszy i wpływa na całą resztę życia
podsumowując: anie dobro ani zło, tylko potencjał, energia twórcza. I ogromna zależność od opiekunów.
Z czasem, w człowieku dorastającym, potencjał może być podtrzymywany lub gaszony. W pewnym momencie wszystko zależy już od niego samego i może albo kontynuować naukę i przyzwyczajenia z domu rodzinnego (twórcze bądź niszczące) lub zbuntować się, walczyć o zmianę swoich fundamentów (znów w obie możliwe strony).
Czy zatem niezależnie od wszystkiego każdy człowiek zachowuje możliwość tworzenia, dążenia do dobra?
Wierzę, że tak, że to wszystko kwestia decyzji i wyborów.
Owszem, czasem realizacja zmian jest trudna, zdaje się niemożliwa, jednak wierzę, że można osiągnąć wszystko.
Filip. 4:13
Wszystko mogę w tym, który mnie wzmacnia, w Chrystusie.
(BW)
Namysł nad tworzeniem i szukaniem.
Tworzenie. Stwierdziłam już ogólnie i entuzjastycznie jakiś czas temu, że to na nim polega życie. Aktywny byt na tym świecie wymaga stałego kreowania siebie. Tyczy się to zwłaszcza młodych osób, które dopiero co stają się faktycznie niezależne od innych. Trwa do końca życia.Tworzenie to uczenie się nowych rzeczy i włączanie ich do obszaru „ja”. Stały, dynamiczny rozwój. Wiadomo, zachodzący w różnym tempie w różnych okresach życia.
Co jednak z szukaniem?
Porównam górnolotnie życie do haftu.
Co należy zrobić, by taki powstał?
Po pierwsze trzeba chcieć. Odczuwać chęć, potrzebę stworzenia czegoś pięknego, wartościowego.
Potem następuje moment decyzji: jak ma wyglądać wzór?
Gdy jesteśmy dziećmi w tej dziedzinie – na początek wybieramy coś małego, nie bardzo skomplikowanego, zwykle dokładnie oddając konkretny, cudzy szablon, który przypadł nam do gustu. Za każdym kolejnym razem będziemy próbować czegoś bardziej ambitnego i z czasem zaczniemy tylko trochę inspirować się gotowcami, tworząc wedle własnego projektu.
Moment wybierania może nastąpić tylko po etapie szukania, zastanawiania się, czego chcemy. Ten namysł nad celem pracy powtarza się stale. Skąd weźmiemy wzorce, jakich nici użyjemy i na jakiej kanwie wartości? To także decyzje oparte na szukaniu, wyborze między dostępnymi możliwościami.
Sama ocena, czy haft to właśnie to, co nam odpowiada to także szukanie. Odnajdywanie swoich predyspozycji.
Także szukanie jest istotne, nie można go pominąć.Czy zauważyliście jednak, że tyczy się ono tylko momentów inicjujących?
Znalezienie potencjału, wybór sposobu to dopiero początek.
Mały początek wielkiego dzieła i potężnej pracy nad sobą, przez całe życie.
Poiesis.
Szukanie przewija się, owszem, jednak stale tylko na rozstajach, pokazuje nowe możliwości i daje nowe punkty zaczepienia dla dalszego wzrostu.
Jeśli by sprowadzić życie do samego szukania, zaczynałoby się ono i kończyło na odtwarzaniu, będąc bliskie wegetatywnej egzystencji.
Owszem, o pozory można zadbać, udawać, że to życie pełną piersią.
Owszem, wysiłek włożony w kreowanie, wzorem Ojca-Kreatora, nie musi przynosić spektakularnie odmiennych efektów.
Świadomość możliwości zdaje mi się jednak wystarczająco obligująca.
Wracając do szukania.
Bardzo ważne jest, byśmy wybierali sobie odpowiedni pokarm, na którym mamy wzrastać. Niezależnie w jakiej rodzinie i środowisku spędziliśmy dzieciństwo – od pewnego momentu nikt dalej nie będzie nas prowadził za rękę czy karmił. Niezależnie, czy ktoś bardzo chce stale nas kreować, czy już dawno nikt o tym nie myśli, dojrzewając stajemy się odpowiedzialni sami za siebie, czy nam się to podoba, czy nie.
To niebanalne obciążenie ale i wielka szansa.
Okazja, by zmieniać i udoskonalać – uwaga – samych siebie!
Czy jesteś świadom, jak bardzo godnym podziwu człowiekiem możesz być? Kim tylko zechcesz. Wszystko jest teraz w Twoich rękach, a niemożliwe jest tylko to, co sam uznasz za nieosiągalne.
Co może być pożywką dla takiego wzrastającego człowieka?
Ogólnie rzecz biorąc – otoczenie.
To, z kim i jak spędzamy czas, to czy i kogo obieramy za nauczyciela, jakim słowem pisanym się karmimy, jaką muzyką i filmem.
Także tryb życia. Sen, odżywianie się, sport, porządek, planowanie – wszystko to brzmi banalnie, ale składa się na samodyscyplinę. Przedrostek „samo” dość jednoznacznie wskazuje, że nikt inny za nas tego nie zrobi.
Należy stale szukać, dowiadywać się o możliwościach i wybierać. Próbować, zmieniać, dostosowywać do swoich preferencji.
Dobrym pokarmem jest na przykład słuchanie wykładów, wywiadów itp. ludzi, których wartości choć częściowo podzielamy. To bardzo pokrzepia duszę i poddaje sprawdzeniu własne poglądy.
Tu kończą się moje odpowiedzi, a zaczyna się znów szeroka rzeka pytań.
Czy da się znaleźć przeznaczone dla nas miejsca w tym świecie? Czy takie w ogóle istnieją, a jeśli tak, to jak je rozpoznać?
Jak odróżnić chęci i skłonności własne od powołania?
Czy powołanie istnieje i czym różni się od przeznaczenia?
Jeśli Bóg woła każdego do najodpowiedniejszych ról, czy to raczej jednostkowe wyróżnienia?
Czy Bogu robi w ogóle różnicę, czym się zajmiemy, czy tylko jak robimy to, co robimy?
Jeśli Pan ma przygotowane dla mnie zadania, jak odróżnić je w sercu od własnego widzi mi się?
Czy warto iść za głosem serca, za chęcią i skłonnością, jeśli brak logicznych argumentów?
Tylko na ostatnie pytanie mam w sobie odpowiedź.
Warto. Choćby dlatego, że lepiej iść do przodu lekko po omacku, licząc na łut szczęścia, niż stać w miejscu martwiąc się, że nie jest się pewnym „co teraz” i nie mając planu na przyszłość.
Pozostałe pytania... Czy w ogóle warto szukać na nie odpowiedzi?
Nie, nie szukam ich usilnie.
Czasem wracają do mnie i domagają się odpowiedzi, ale jeśli mam ją kiedyś otrzymać bądź sama przyjąć – będzie to w swoim czasie.
Kazn. 3:1
Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę(BW)
Tymczasem już jest dziś, a ten dzień także zapowiada się długi.
Pora przytulić policzek do poduszki.
Co jednak z szukaniem?
Porównam górnolotnie życie do haftu.
Co należy zrobić, by taki powstał?
Po pierwsze trzeba chcieć. Odczuwać chęć, potrzebę stworzenia czegoś pięknego, wartościowego.
Potem następuje moment decyzji: jak ma wyglądać wzór?
Gdy jesteśmy dziećmi w tej dziedzinie – na początek wybieramy coś małego, nie bardzo skomplikowanego, zwykle dokładnie oddając konkretny, cudzy szablon, który przypadł nam do gustu. Za każdym kolejnym razem będziemy próbować czegoś bardziej ambitnego i z czasem zaczniemy tylko trochę inspirować się gotowcami, tworząc wedle własnego projektu.
Moment wybierania może nastąpić tylko po etapie szukania, zastanawiania się, czego chcemy. Ten namysł nad celem pracy powtarza się stale. Skąd weźmiemy wzorce, jakich nici użyjemy i na jakiej kanwie wartości? To także decyzje oparte na szukaniu, wyborze między dostępnymi możliwościami.
Sama ocena, czy haft to właśnie to, co nam odpowiada to także szukanie. Odnajdywanie swoich predyspozycji.
Także szukanie jest istotne, nie można go pominąć.Czy zauważyliście jednak, że tyczy się ono tylko momentów inicjujących?
Znalezienie potencjału, wybór sposobu to dopiero początek.
Mały początek wielkiego dzieła i potężnej pracy nad sobą, przez całe życie.
Poiesis.
Szukanie przewija się, owszem, jednak stale tylko na rozstajach, pokazuje nowe możliwości i daje nowe punkty zaczepienia dla dalszego wzrostu.
Jeśli by sprowadzić życie do samego szukania, zaczynałoby się ono i kończyło na odtwarzaniu, będąc bliskie wegetatywnej egzystencji.
Owszem, o pozory można zadbać, udawać, że to życie pełną piersią.
Owszem, wysiłek włożony w kreowanie, wzorem Ojca-Kreatora, nie musi przynosić spektakularnie odmiennych efektów.
Świadomość możliwości zdaje mi się jednak wystarczająco obligująca.
Wracając do szukania.
Bardzo ważne jest, byśmy wybierali sobie odpowiedni pokarm, na którym mamy wzrastać. Niezależnie w jakiej rodzinie i środowisku spędziliśmy dzieciństwo – od pewnego momentu nikt dalej nie będzie nas prowadził za rękę czy karmił. Niezależnie, czy ktoś bardzo chce stale nas kreować, czy już dawno nikt o tym nie myśli, dojrzewając stajemy się odpowiedzialni sami za siebie, czy nam się to podoba, czy nie.
To niebanalne obciążenie ale i wielka szansa.
Okazja, by zmieniać i udoskonalać – uwaga – samych siebie!
Czy jesteś świadom, jak bardzo godnym podziwu człowiekiem możesz być? Kim tylko zechcesz. Wszystko jest teraz w Twoich rękach, a niemożliwe jest tylko to, co sam uznasz za nieosiągalne.
Co może być pożywką dla takiego wzrastającego człowieka?
Ogólnie rzecz biorąc – otoczenie.
To, z kim i jak spędzamy czas, to czy i kogo obieramy za nauczyciela, jakim słowem pisanym się karmimy, jaką muzyką i filmem.
Także tryb życia. Sen, odżywianie się, sport, porządek, planowanie – wszystko to brzmi banalnie, ale składa się na samodyscyplinę. Przedrostek „samo” dość jednoznacznie wskazuje, że nikt inny za nas tego nie zrobi.
Należy stale szukać, dowiadywać się o możliwościach i wybierać. Próbować, zmieniać, dostosowywać do swoich preferencji.
Dobrym pokarmem jest na przykład słuchanie wykładów, wywiadów itp. ludzi, których wartości choć częściowo podzielamy. To bardzo pokrzepia duszę i poddaje sprawdzeniu własne poglądy.
Tu kończą się moje odpowiedzi, a zaczyna się znów szeroka rzeka pytań.
Czy da się znaleźć przeznaczone dla nas miejsca w tym świecie? Czy takie w ogóle istnieją, a jeśli tak, to jak je rozpoznać?
Jak odróżnić chęci i skłonności własne od powołania?
Czy powołanie istnieje i czym różni się od przeznaczenia?
Jeśli Bóg woła każdego do najodpowiedniejszych ról, czy to raczej jednostkowe wyróżnienia?
Czy Bogu robi w ogóle różnicę, czym się zajmiemy, czy tylko jak robimy to, co robimy?
Jeśli Pan ma przygotowane dla mnie zadania, jak odróżnić je w sercu od własnego widzi mi się?
Czy warto iść za głosem serca, za chęcią i skłonnością, jeśli brak logicznych argumentów?
Tylko na ostatnie pytanie mam w sobie odpowiedź.
Warto. Choćby dlatego, że lepiej iść do przodu lekko po omacku, licząc na łut szczęścia, niż stać w miejscu martwiąc się, że nie jest się pewnym „co teraz” i nie mając planu na przyszłość.
Pozostałe pytania... Czy w ogóle warto szukać na nie odpowiedzi?
Nie, nie szukam ich usilnie.
Czasem wracają do mnie i domagają się odpowiedzi, ale jeśli mam ją kiedyś otrzymać bądź sama przyjąć – będzie to w swoim czasie.
Kazn. 3:1
Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę(BW)
Tymczasem już jest dziś, a ten dzień także zapowiada się długi.
Pora przytulić policzek do poduszki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)