Dzielna kobieta - trudno o taką, jej wartość przewyższa perły...
Przypowieści Salomona 31:10-31
Sierpniowa noc z górami w pamięci
Mieszkanie brzmi senną ciszą.
Za oknem cykają świerszcze, w pokoju świeci się lekko lampka nocna a w kuchni szepcze piekarnik.
Ciasto bananowe w okrągłej formie rośnie, rumieni się, zaczyna pachnieć przyjemnie.
Zaglądam jak mu idzie, moje oczy odbijają się w ciemnym pasku nad szybą.
Pogrążam się w zadumie.
Po chwili niepewnie, ze zdziwieniem odkrywam, że chciałabym coś napisać. Dawno tego nie robiłam, coraz rzadziej czuję na to chęć.
Ileż wydarzyło się przez ostatni rok.
O tej porze rok temu byłam w Stanach, tęskniłam już trochę za domem. Spodziewałam się, że od jesieni pochłonie mnie nauka na dwóch kierunkach. Do głowy nie przyszło mi nic na podobieństwo ognistego, improwizowanego tanga, którego teraz nigdy nie zapomnę. Przyszłość zdawała się zupełnie inna, niż się potoczyło życie i niż zdaje się teraz.
W rozrachunku sumienia mogę powiedzieć uczciwie, że staję się coraz bardziej dzielna.
Czy jednak nie za bardzo samo-dzielna?
Często się modlisz na tym wyjeździe?
Modlitwa dla mnie to rozmowa. Z najdziwniejszym Przyjacielem,jakiego można mieć. Bez powątpiewania uważam, że bardzo ważne jest o niej pamiętać. To, o czym i w jaki sposób się rozmawia oczywiście jest bardzo istotne. Jednak jeśli mowa o budowaniu zaufania i relacji to przede wszystkim trzeba w ogóle rozmawiać. Tym bardziej, jeśli nie ma się na biurku ani w portfelu zdjęcia przypominającego o istnieniu Owego Przedziwnego.
Jeśli się nie pyta, nie opowiada się, nie dzieli się zmartwień i radości jak można liczyć na to, że dostanie się jakiś znak, odpowiedź, sugestię czy zwykłe poczucie, że On jest?
Nie bardzo...
Najbardziej lubię modlić się sama, spacerując i śpiewając. Najlepiej pośród przyrody. Czasem po cichu, w tłumie, gdzie jest się jeszcze bardziej samotnym niż daleko od ludzi.
To nie jest usprawiedliwienie dla zwykłego zapominania.
Zapominam o modlitwie tak, jak o tym, by zadzwonić do babci.
Jest mi... wstyd.
Zapominam nawet słowa piosenek, które ułatwiały mi skupienie i wybranie odpowiedniego numeru.
Dzielna kobieta znów okazuje się małą dziewczynką.
Może już nie tak nieporadną, ale zakłopotaną przez własne gapiostwo i zapominalstwo.
Wciąż nad sobą pracować, sprawdzać się, wyznaczać cele i dążyć do nich wytrwale.
Zawsze było to w mojej naturze. Kiedyś dopadło mnie poczucie beznadziei i niemożności osiągnięcia czegokolwiek. Teraz znów mogę być spokojna i szczęśliwa, wyłapywać co jakiś czas kolejne rzeczy do naprawienia. Pracować, wciąż się uczyć
Jednocześnie delektować się życiem, ludźmi, przyrodą, uczuciami, marzeniami...
W zasadzie czuję że żyję.
Biały kamyk
Kto ma uszy, niechaj słucha, co Duch mówi do zborów. Zwycięzcy dam nieco z manny ukrytej i kamyk dam mu biały, a na kamyku tym wypisane nowe imię, którego nikt nie zna, jak tylko ten, który je otrzymuje.
(BW)
Moja nastoletnia wyobraźnia karmiła się zawsze z lubością baśniami, naturalnie, jak u każdego dziecka przynajmniej przez jakiś czas. Z biegiem lat nie przeszło mi jednak za bardzo. Mimo że nauczyłam się zwykle odróżniać świat fikcyjny od rzeczywistego - upodobanie do magicznych rozwiązań w kontekście rzeczywistym nigdy mi nie przeszło, przynajmniej na poziomie upodobań czytelniczych i twórczych.
Stąd też krainy człekokształtnych o spiczastych uszach, fioletowych oczach i magicznych zdolnościach, dosiadających skrzydlatych wierzchowców, to norma moich snów i wyobrażeń.
W świecie fantastycznym wiele jest niesamowitych rzeczy. Poza światłami czarów niczym skrawkami zorzy polarnej i niespotykanymi dźwiękami o wielkiej mocy, w świecie moich wyobrażeń każde słowo, gest i symbol mają ogromną wagę i moc sprawczą, której nikt nie ignoruje. Zwyczajnie jeśli ktoś ich nie dostrzega bądź nie respektuje - nie ma jak przeżyć w tym świecie, poniekąd dzikim.
Ukryta manna. Czymże ona jest?
Naród izraelski był karmiony przez Boga manną na pustyni, jednak nikt z ludzi nie mógł jej gromadzić na zapas. Schowana do dzbanów nie nadawała się do niczego w krótkim czasie. Pan zsyłał każdego ranka tyle, by każdy mógł się nasycić.
Cudowny to pokarm. I czeka ukryty w dobrych do niego naczyniach na tych, którzy wierząc Panu oczekują spotkania z nim i zastanawiają się, jak owa strawa wygląda, jak smakuje, jak syci.
Jednak mojej wyobraźni ostatnio upodobał się dalszy fragment, nie tak oczywisty.
Mały, biały kamyk, na którym będzie moje nowe imię, wypisane ręką wolą Najwyższego, jedynie do mojej wiadomości.
Jakie to wspaniałe!
Od dzieciństwa marzyłam o jakimś niespotykanym imieniu, o pseudonimie, ktory mówiłby coś o mnie, który może byłby znany jedynie wybranym.
I olśniewa mnie nagle, że w momencie chrztu, nowych narodzin, Tata nadaje swojemu dziecku nowe imię, takie tylko od niego, specjalnie dla swojego nowego stworzenia.
Od urodzin czeka na chrześcijanina prezent, taka tajemnica przewiązana wstążką, aż do dnia osiągnięcia dojrzałości, spotkania twarzą w twarz z Nieogarnionym.
Po dziecięcemu zdaje mi się, że to po prostu miłość, że On czeka na każde swoje dziecko z przyszykowanym drobnym, tajemnym upominkiem, by dzielić z każdym z osobna słodki sekret wyjątkowego imienia.
Po nastoletniemu widzę już w swojej wyobraźni, że może ten kamyk jest lekko spłaszczony, obły, jajowaty w kształcie. Mieści się w zamkniętej dłoni. Ma mleczny, opalizujący srebrzyście kolor i wydaje się zwyczajnym kamykiem. A jak jego właściciel wpatruje się w ten delikatny błysk, przed jego oczami z wewnętrznej mgły wyłania się błękitny, świetlisty wyraz. Nowe imię.
Ach, to sam Pan Bóg wypisał to imię w kamyku swoim słowem.
Powiada się, że po charakterze pisma można poznać człowieka. Jakież te litery muszą być niewyobrażalne, skoro odzwierciedlają charakter Boga!
Gdyby tak przypadkiem ów kamyk dostał się w ręce bożego dziecka jeszcze tu, na ziemi, z pewnością byłby niebywałym artefaktem.
Nawet, gdyby nie posiadał żadnych nadnaturalnych mocy, bez wątpienia świecił by światłem nieba, tak innym od wszelkich świateł nam znanych.
Ale nie ma takiej opcji, upominek ten czeka...
Mam nadzieję, że będzie miał małą dziurkę, by dało się go nosić na rzemyku. Albo łańcuszku. Albo czymkolwiek, co tam będzie.
Skoro to czytasz możesz mieć pewność, że i Tobie życzę otrzymania kiedyś takiego niesamowitego prezentu.
Może nawet będziemy mieć okazję radośnie pokazać sobie nawzajem jak wyglądają nasze niepowtarzalne prezenty urodzinowe?
A to jeszcze nic, tyle wspaniałych rzeczy na nas tam czeka, tyle szczęścia..!
zimowy czas
Szłam dziś do domu, właściwie przed chwilą. Na środku ulicy siedziała puszysta kotka. Ujrzawszy mnie z daleka zaczęła miauczeć.
Podeszłam. Popatrzyła na mnie dużymi oczami. Powiedziałam jej, by zeszła ze środka, bo to przecież niebezpieczne. Przesunęła się do krawężnika i odprowadziła mnie spojrzeniem.
Po policzku spłynęło mi kilka łez.
Każdy kot miauczy inaczej, mruczy inaczej, rusza się odmiennie.
Moja kotka dała mi się dobrze poznać przez prawie dziewięć lat.
Większość nocy w tym czasie spędziłyśmy pod jedną kołdrą, spała na moim brzuchu i pocieszała mnie swoją niezmienną obecnością zawsze, gdy czułam się sama lub smutna.
Cicho budziła mnie w nocy, gdy coś chciała, czy to dotykając łapką ust lub powiek, czy wąchając namiętnie mój nos. Słyszałam jej zawsze przydługi pazurek u tylnej łapy, gdy stukał o podłogę w rytm kroków.
Jednak ona już nie stąpa cichutko po nocy.
Czasem zdaje mi się, że przemknie jej cień, ale to tylko złudzenia.
Przedwczoraj miauknęła po raz ostatni.
Nie moja to rzecz, wiedzieć co się dzieje z kocim tchnieniem, gdy wyfrunie z pyszczka, by już nie wrócić do puchatego ciała.
Dziękuję tylko Bogu, że obdarzył nas wrażliwością na życie. Że dzięki temu możemy mieć towarzyszy w tych maleńkich. Bo wbrew pozorom, to bardzo wiele, mieć się do kogo przytulić, móc posłuchać oddechu i bicia serca, stworzyć więź wzajemnej przynależności.
A od zwierzęcia przecież nigdy nie otrzymamy rany, jeśli wykażemy choć odrobinę zrozumienia dla jego natury.
Smutek..
Słono-gorzki smak.
A życie płynie dalej, mróz za oknem..
Początek lutego
Studiuje mi się nieźle na dwóch kierunkach dziennych i czasu starcza na styk jeszcze po trochu dla ludzi, którzy o niego się dopominają w taki czy inny sposób.
Prowadzenie rozważań tu zeszło na dalszy plan.
Dziś jednak jestem po przedostatnim egzaminie, z 9 w ciągu dwóch tygodni, został tylko jeden ustny, raczej formalność.
To nie tak, że ferie już, czy brak innych zajęć. Raczej ogromna ochota podzielenia się anegdotką egzaminu z matematyki, którego perspektywa spędzała mi sen z powiek i byłam niemal pewna, że nie zdam i dojdę do nerwicy.
Niedziela wieczór. Wiem, że powinnam przynajmniej trochę się pouczyć, ale na słowo matematyka oczy same mi się zamykają, wolę nie myśleć.
Poniedziałek. Wracam do domu przed 19 i tylko gorycz wspomnień z traumą matematyczną z liceum ogarnia moje myśli, wyżalam się wszystkim i rozważam dezercję z egzaminu, skoro nawet przypadkiem mam zwolnienie lekarskie. Godzinę spędzam rozmawiając z Vi i z moją Dużą Siostrą, jakoś lżej się robi.
Werdykt prosty: spać, niech się dzieje co chce.
Wtorek. Oczywiście nie wstałam wcześniej, lenistwo i niechęć do życia urosły do absurdalnych rozmiarów. Na egzamin poszłam, prawie się spóźniłam.
Rozwiązałam połowę zadań, bez żadnej pewności, czy dobrze. Wyszłam z głupim wrażeniem, że nawet nie mogę mieć pewności, że będę poprawiać tym razem, bo jakiś cień szansy na zaliczenie przecież jest.
Odwiedziłam chorowitka, usiadłam na łóżku i gdy wyszedł i zamknął drzwi - rozpłakałam się milcząco. Paskud znów miał intuicję, więc po sekundzie był już znów przy mnie, pocieszając. A chciałam sobie pokapać sama, heh.
Po południu miała być druga część, ustna. Nie przygotowałam się zanadto, myśląc że to już nie ma znaczenia. Przyjechałam na miejsce i po drodze przeczytałam temat, który miałam prezentować. Gdy stałam w kolejce (ponad godzinę), przypomniano mi, że pani lubi wierszyki i wszelkie przejawy artystycznej kreatywności.
Wzięłam zatem ołówek do ręki, chwyciłam melodię, krążącą po głowie od paru dni i ułożyłam piosenkę o asymptocie, a co mi tam, może zdam.
Nastąpił moment kulminacyjny dnia wczorajszego.
Weszłam, zaśpiewałam.
Usłyszałam wzdychający zachwyt i obsypano mnie workiem komplementów.
"Odpowiedziała pani śpiewająco".
W indeksie 5.
Praca pisemna nie została nawet zlokalizowana (zwykle przeglądana jest przy odpowiadającym).
Matematyki koniec na studiach mych inżynierskich, ja nadal nie mam zielonego (ani szarego) pojęcia o pochodnych i całkach a i funkcje nie całkiem ogarniam.
Piątka w indeksie jest.
Bo studia, proszę państwa, to bardzo poważna rzecz.
X, 6
Zim
JF
Nie zabijaj.
Nie wbijaj noża w plecy. Ani przyjacielowi, ani wrogu.
Nie odbieraj życiodajnej nadziei.
Nie skąp kolejnej szansy.
Nie kłam, sprowadzając na ścieżkę bólu.
Nie krzywdź,
Nie pozwalaj na śmierć człowieka wewnętrznego.
Nie skazuj na samotność, ponoć gorsza jest niż śmierć.
Doceń życie.
Własne i cudze.
Co więcej mamy? Nawet jego czas i długość nie są w naszych rękach.
A życie jest przecież cudem, nieprawdaż?
Jeśli tak nie uważasz - pokaż mi, jak stwarzasz je z niczego.
Wtedy może rozważę, czy wypada, byś uśmiercał.
Miej szacunek do żywych.
Idź w stronę Światła i nie zasłaniaj go przed innymi.
W Nim jest życie wieczne,
nie odmawiaj ludziom dostępu do Niego.
Przecież człowiek jest tak cudowną istotą, tak niepowtarzalną.
Nie widzisz?
Dzień pierwszy jesieni
nie zupełnie,
może trochę.
Rzeczywistość wciąż ta sama,
jakby inna,
całkiem nowa.
Wielkie Miasto Cudzych Marzeń
pożegnałam.
Jestem znów.
Dom z odległych wyobrażeń
czy zastanę teraz tu?
Radość, uśmiech, witam domy,
znane kąty, żyję sobie.
Idę, całą piersią wzdycham.
Już Cię lubię, miasto moje.
Ludzie, sny, liczne marzenia
zamieszkują miejsce to.
Dobrze mi tu. Czemu? Nie wiem.
Tęskić może jednak umiem
Za murami, szarym brukiem,
hukiem, rytmem, wspomnieniami.
Stuk, puk-tuk, obcas - bruk.
Spaceruję przez ostatni wieczór lata.
Pik, puk-tuk, zastawek ruch.
Mały ludek się tam w środku kołata,
Coś mi szepcze, pyta, drga.
Ćśś, nie szkodzi.
Cisza trwa.
Idę dalej, ta noc młoda jeszcze.
Jak cała ja.
Czego ja chcę?
Wiedzieć wreszcie.
Wiem już co mam.
Radość życia w końcu zatrzymałam w dłoniach,
nie ucieka już przez palce.
Wiem już dobrze co to pot na skroniach.
Łaska.
Nadzieja.
Miłość.
Wiara.
Jak domowy trzask ognia w kominku
W sercu grają.
Cieszyć mi się oczy nie przestają,
mimo jesieni dnia pierwszego.
Czekam z niecierpliwością na chwilę każdą kolejną.
Świat jak kalejdoskop ze szkiełek bezcennych,
Ludzie - każdy jak mozaika bezbrzeżna.
Pięknie żyć - znaczy kochać świat.
Polska, dzień 10. Studium człowieka.
Świat jednak nie będzie już nigdy taki sam, po 72 dniach za Oceanem.
Lub raczej: nigdy nie będę nań patrzeć tak samo.
To było wielkie błogosławieństwo, móc tam być, móc nie być tu.
Móc się zmieniać.
To był czas ogromnej nauki.
Poznałam swoje ciało, jego granice zmęczenia, stres samotnej podróży w nieznane. Doświadczyłam zmian stref czasowych, pracy fizycznie ciężkiej, snu twardego jak kamień, dającego wytchnienie.
Pierwszy raz w życiu opalałam się leżąc na plaży, chłonąc zmysłami twardość piasku, miękkość wiatru i melodię jeziora, przez długie kwadranse wiecznie za krótkich przerw.
Później w Wielkim Jabłku poznałam oczami ciało ludzkie niemal tak dokładnie, jak marzyłam - w końcu wybrałam się na "Bodies - the exibition." Wrażenie niezapomniane. Fascynujące.
Poznałam wiele wersji moralności ludzkiej.
Czy uprzedmiotowienie kobiety w spojrzeniu mężczyzny i odwrotnie nie jest takim samym jak uprzedmiotowienie martwych ciał i wystawienie ich na ogląd ludzki?
Pierwsze związane jest z popędem prokreacji, drugie z popędem poznania.
Poznałam wielu fascynujących ludzi.
Każdy z nich miał miliony zalet, nikt nie był w stanie ukryć wad.
Czy jednak nasze wady nie sprawiają, że jesteśmy tacy piękni?
Nie umiałabym się cieszyć z dotyku ciepłej dłoni na policzku, gdybym nie wiedziała co znaczy być popchniętą w tłumie.
Taniec nie byłby mi tak piękny, gdybym nie widziała tak wielu nieharmonijnych kroków na ulicy w swoim życiu.
Obserwowałam wiele.
Słuchałam.
Kim jesteśmy, łamiąc zasady, gdy nikt nie patrzy?
Czym są owe zasady? Czyje właściwie są, jeśli wszyscy je akceptują, lecz aprobują też powszechne ich łamanie?
Ci sami ludzie walczą o prawa, by ich nadużywać, ustalają ograniczenia, by lekceważyć je za zamkniętymi drzwiami.
Ci sami ludzie robią rzeczy piękne i straszne, czasem z tym samym uśmiechem, w tej samej godzinie.
Tacy jesteśmy.
Każdy człowiek jest głęboką studnią.
Tyle światła, tyle kolorów, tyle życia, muzyki jest w każdym z nas.
Niektórzy sprawiają, że chciałoby się ich nienawidzić całym sercem.
I oni też są piękni, głębocy, choć może mniej zrozumiali. bardziej straszni..
Ten czas dał mi do myślenia.
Mimo trzech setek osób wokół mnie na obozie a później niezliczonej ilości mieszkańców Nowego Jorku - byłam całkiem sama.
Ja, On, a reszta świata jakby za poduszką miękkiego powietrza wokół nas.
To był czas, gdy spotkałam siebie.
Szłam pół kroku przed Nim i nazywałam świat w nowym języku.
Niezbyt często oglądałam się za siebie, niezbyt często rozmawiałam z Nim, lecz wciąż radośnie i pewnie czułam, że jest i czuwa nade mną.
Teraz wiem, dużo lepiej niż wcześniej, co jest dla mnie ważne. I kto. I może też trochę lepiej wiem , czego chcę w życiu.
Słowa pisane nie wyrażą moich myśli tym razem.
Zwyczajnie ciesze się z życia - tak banalnie, tak zaskakująco.
Tego chciałam się nauczyć.
I powiodło się.
Czuję się, jakbym dostała najbardziej wyjątkowy prezent:
radość.
Samą z siebie, samą w sobie.
Teraz trzeba ją tylko oswoić, by nie dała się zjeść jesieni i kolejnym wyzwaniom przede mną.