X, 6

Zobacz też:
Zim
JF

Nie zabijaj.

Nie wbijaj noża w plecy. Ani przyjacielowi, ani wrogu.

Nie odbieraj życiodajnej nadziei.

Nie skąp kolejnej szansy.

Nie kłam, sprowadzając na ścieżkę bólu.

Nie krzywdź,
Nie pozwalaj na śmierć człowieka wewnętrznego.

Nie skazuj na samotność, ponoć gorsza jest niż śmierć.

Doceń życie.
Własne i cudze.

Co więcej mamy? Nawet jego czas i długość nie są w naszych rękach.

A życie jest przecież cudem, nieprawdaż?
Jeśli tak nie uważasz - pokaż mi, jak stwarzasz je z niczego.
Wtedy może rozważę, czy wypada, byś uśmiercał.

Miej szacunek do żywych.

Idź w stronę Światła i nie zasłaniaj go przed innymi.

W Nim jest życie wieczne,
nie odmawiaj ludziom dostępu do Niego.

Przecież człowiek jest tak cudowną istotą, tak niepowtarzalną.
Nie widzisz?

Dzień pierwszy jesieni

Nie, ach w cale, absolutnie,
nie zupełnie,
może trochę.

Rzeczywistość wciąż ta sama,
jakby inna,
całkiem nowa.

Wielkie Miasto Cudzych Marzeń
pożegnałam.
Jestem znów.

Dom z odległych wyobrażeń
czy zastanę teraz tu?

Radość, uśmiech, witam domy,
znane kąty, żyję sobie.

Idę, całą piersią wzdycham.
Już Cię lubię, miasto moje.

Ludzie, sny, liczne marzenia
zamieszkują miejsce to.

Dobrze mi tu. Czemu? Nie wiem.
Tęskić może jednak umiem

Za murami, szarym brukiem,
hukiem, rytmem, wspomnieniami.


Stuk, puk-tuk, obcas - bruk.
Spaceruję przez ostatni wieczór lata.
Pik, puk-tuk, zastawek ruch.
Mały ludek się tam w środku kołata,

Coś mi szepcze, pyta, drga.
Ćśś, nie szkodzi.
Cisza trwa.

Idę dalej, ta noc młoda jeszcze.
Jak cała ja.

Czego ja chcę?
Wiedzieć wreszcie.
Wiem już co mam.

Radość życia w końcu zatrzymałam w dłoniach,
nie ucieka już przez palce.
Wiem już dobrze co to pot na skroniach.

Łaska.
Nadzieja.
Miłość.
Wiara.

Jak domowy trzask ognia w kominku
W sercu grają.

Cieszyć mi się oczy nie przestają,
mimo jesieni dnia pierwszego.

Czekam z niecierpliwością na chwilę każdą kolejną.
Świat jak kalejdoskop ze szkiełek bezcennych,
Ludzie - każdy jak mozaika bezbrzeżna.

Pięknie żyć - znaczy kochać świat.

Polska, dzień 10. Studium człowieka.

Zegar już prawie przestawił mi się na czas polski.
Świat jednak nie będzie już nigdy taki sam, po 72 dniach za Oceanem.
Lub raczej: nigdy nie będę nań patrzeć tak samo.

To było wielkie błogosławieństwo, móc tam być, móc nie być tu.
Móc się zmieniać.

To był czas ogromnej nauki.

Poznałam swoje ciało, jego granice zmęczenia, stres samotnej podróży w nieznane. Doświadczyłam zmian stref czasowych, pracy fizycznie ciężkiej, snu twardego jak kamień, dającego wytchnienie.
Pierwszy raz w życiu opalałam się leżąc na plaży, chłonąc zmysłami twardość piasku, miękkość wiatru i melodię jeziora, przez długie kwadranse wiecznie za krótkich przerw.

Później w Wielkim Jabłku poznałam oczami ciało ludzkie niemal tak dokładnie, jak marzyłam - w końcu wybrałam się na "Bodies - the exibition." Wrażenie niezapomniane. Fascynujące.

Poznałam wiele wersji moralności ludzkiej.
Czy uprzedmiotowienie kobiety w spojrzeniu mężczyzny i odwrotnie nie jest takim samym jak uprzedmiotowienie martwych ciał i wystawienie ich na ogląd ludzki?
Pierwsze związane jest z popędem prokreacji, drugie z popędem poznania.

Poznałam wielu fascynujących ludzi.
Każdy z nich miał miliony zalet, nikt nie był w stanie ukryć wad.
Czy jednak nasze wady nie sprawiają, że jesteśmy tacy piękni?
Nie umiałabym się cieszyć z dotyku ciepłej dłoni na policzku, gdybym nie wiedziała co znaczy być popchniętą w tłumie.
Taniec nie byłby mi tak piękny, gdybym nie widziała tak wielu nieharmonijnych kroków na ulicy w swoim życiu.

Obserwowałam wiele.
Słuchałam.

Kim jesteśmy, łamiąc zasady, gdy nikt nie patrzy?
Czym są owe zasady? Czyje właściwie są, jeśli wszyscy je akceptują, lecz aprobują też powszechne ich łamanie?
Ci sami ludzie walczą o prawa, by ich nadużywać, ustalają ograniczenia, by lekceważyć je za zamkniętymi drzwiami.

Ci sami ludzie robią rzeczy piękne i straszne, czasem z tym samym uśmiechem, w tej samej godzinie.

Tacy jesteśmy.

Każdy człowiek jest głęboką studnią.
Tyle światła, tyle kolorów, tyle życia, muzyki jest w każdym z nas.
Niektórzy sprawiają, że chciałoby się ich nienawidzić całym sercem.
I oni też są piękni, głębocy, choć może mniej zrozumiali. bardziej straszni..


Ten czas dał mi do myślenia.
Mimo trzech setek osób wokół mnie na obozie a później niezliczonej ilości mieszkańców Nowego Jorku - byłam całkiem sama.
Ja, On, a reszta świata jakby za poduszką miękkiego powietrza wokół nas.

To był czas, gdy spotkałam siebie.
Szłam pół kroku przed Nim i nazywałam świat w nowym języku.
Niezbyt często oglądałam się za siebie, niezbyt często rozmawiałam z Nim, lecz wciąż radośnie i pewnie czułam, że jest i czuwa nade mną.

Teraz wiem, dużo lepiej niż wcześniej, co jest dla mnie ważne. I kto. I może też trochę lepiej wiem , czego chcę w życiu.

Słowa pisane nie wyrażą moich myśli tym razem.
Zwyczajnie ciesze się z życia - tak banalnie, tak zaskakująco.
Tego chciałam się nauczyć.
I powiodło się.
Czuję się, jakbym dostała najbardziej wyjątkowy prezent:
radość.
Samą z siebie, samą w sobie.
Teraz trzeba ją tylko oswoić, by nie dała się zjeść jesieni i kolejnym wyzwaniom przede mną.

USA, day 32nd

Czas płynie coraz szybciej.
Większość kadry myślami jest już przy nieuchronnie zbliżającym się wyjeździe.
Został jeszcze ostatni i największy konkurs, angażujący wszystkich obecnych na obozie, dziś ruszają pełną parą przygotowania do niego.

Dobrze mi tu.
Życie zdaje się być takie proste, świat codzienny tak odległy.
Sprawy takie jak szukanie samochodu na wycieczkę do sklepu w dzień wolny zdają siębyć jednymi z najważniejszych, a dyskusje który ser jest lepszy: meksykański czy francuski przyjmują rangę politycznych sporów.


Kilka dni temu tłumaczyłam małemu chłopczykowi co się dzieje ze sztućcami po tym, jak odda je w okienku w kuchni, bo zapytał.
Trudno powiedzieć na ile dokładnie zrozumiałe wydało mu się moje opowiadanie, jednak z usatysfakcjonowaną miną poszedł w swoją stronę, przyjmując, że widać tak po prostu już jest.

Może właśnie na tym powinna polegać dziecinność naszej wiary?
Może chodzi o to, że powinniśmy być ciekawi bardziej i mniej ważnych rzeczy, powinniśmy stale zadawać pytania i ufnie przyjmować różne odpowiedzi, nawet jeśli nie są całkiem zrozumiałe?
Może po prostu nie powinniśmy czepiać się nieistotnych szczegółów i po prostu ufać, że świat jest spójny, nawet jeśli nie całkiem dla nas jasny?
Dzieci tysiąc razy zadają dziwaczne pytania, rodzice zwykle starają się wytłumaczyć im wszystko możliwie przystępnie, choć nie całkiem dosłownie, by były w stanie złapać ogólny zarys wyjaśnień. i malutkim to wystarcza, są usatysfakcjonowane i ufne, co jednocześnie nie przeszkadza im zadawać kolejnego potoku pytań.

Ufność.
Nieuchwytne słowo, przywodzące na myśl zapach ciepłego, bezpiecznego dzieciństwa, gdzieś na granicy pamięci.
Tęsknię za umiejętnością niezawiłego ufania.

Świerszecze odgrywają swoje koncerty.
Wiatr już prawie usnął, jest miękki i zachęca do odpłynięcia do krainy snów.
Sosny pachną kojąco i tylko po głowie kołacze mi się garść pytań i brak na nie odpowiedzi.

Jutro kolejny piękny, wakacyjny dzień w obcym kraju.
Ciekawe, co przyniesie?

USA, day 18th

Tak krotko i zarazem tak dlugo juz tu jestem.
Mysle luzno nad perspektywa powrotu kiedys w to miejsce w roli wychowawcy.
Niby ten sam teren, jednak zupelnie inne zycie.
Nie ma co ukrywac, spedzanie okolo 9h dziennie w kuchni na nielatwej fizycznie pracy nie sprzyja ogolnej integracji i czuciu sie czescia tej spolecznosci.
Wiele energii pochlania obserwowanie ludzi i proby interakcji. Moge sie przy okazji przekonac, ze moj angielski nie jest wcale takie perfekcyjny.
Mimo to podoba mi sie tu bardzo.
Lubie swoja prace, tylko zaluje ze zostaje tak malo czasu na nasycenie sie tym miejscem i ludzmi, poza kuchnia i naszym domkiem.

Dzis byla burza i kolejna piekna tecza, pelen wysoki luk.
Powietrze pachnie pieknie i w koncu jest chlodniej.
Nastraja do refleksji.
Ciesze sie tym zyciem, ciesze sie ze Najwyzszy ma lepsza pamiec o mnie, niz ja o Nim.
Z radoscia obserwuje ludzi i ich relacje, sama wciaz jednak zostajac z boku.
Jednak przebywanie posrod przyjaciol, chocby i nie wlasnych, ale nie zamykajacych sie na moja obecnosc, inspiruje i nasyca pozytywnymi wrazeniami.

Mam poczucie, ze jestem w terazniejszosci.
To bardzo rzadki u mnie stan.
Po prostu tu i teraz.
Mam mnostwo mysli o przeszlosci i przyszlosci, wiele obaw, niepewnosci, pytan, ale mam calkowite poczucie, ze to wszystko co bylo lub bedzie jest bardzo odlegle i teraz jest teraz.
Carpe diem.
Owszem, planuje, rozwazam, wspominam.
Jednak nareszcie z dystansu.
Z aktualnych wakacji.
Co bylo - minelo, co bedzie - czas pokaze.


Patrze na dzieci wokol, na ich opiekunow w moim wieku i zastanawiam sie do ktorych jestem bardziej podobna.
Mam wrazenie, ze wciaz jestem w srodku taka mala dziewczynka.
Piosenki i zabawy jak z dziecinstwa wydaja sie tak bliskie i tak odlegle zarazem.
I wciaz jednakowo sie krepuje brac udzial w roznych radosnych wydarzeniach, ktore stoja dla mnie otworem.
Na szczescie ludzie sa tu otwarci, mimo ze kazdy z innego zakatka swiata.
Dni wolne spedzam w roznym towarzystwie i zawsze jestem pod pozytywnym wrazeniem. I nikomu nie przeszkadza, ze prosze by mnie wzieli ze soba i ze siedze raczej cicho, z nimi ale jakby obok, obserwujac, probujac nadazac za jezykiem i tematami.


W minionym roku na jednym z wykladow ktos wspomnial u mnie na wydziale, ze norma rozwjowa to posiadanie wyimaginowanego przyjaciela do okolo 6. roku zycia, a pozniej dzieci przestaja sie do tego przyznawac.
Przypomnialo mi sie to kilka dni temu, gdy przylapalam sie na wyobrazaniu sobie jacy byliby ludzie, ktorych znam z widzenia, jako przyjaciele i prawie sie w to wczulam.

Czy nie jest tak, ze nasza dziecieca wyobraznia i umiejetnosc zaufania opartego na ryzyku niepewnosci sa etapem, ktory umozliwia nam pozniejsze zawierzenie Najwyzsemu?
Mam wrazenie, ze Pan jest naszym prawdziwie istniejacym wyimaginowanym przyjacielem.
To, jak go widzimy, jest calkowicie indywidualne, czego by nie mowic.
Czujemy go, czasem bardziej czasem mniej swiadomie.
I mamy te pewnosc, ze mozna Mu ufac, ze On jest.
Prawdziwy przyjaciel, ktorego niestety nie da sie po prostu przedstawic innym, poki nie zechca do siebie dopuscic, ze On istnieje.

Moze po to musimy w pewien sposob byc dziecmi, by moc Go doswiadczac?


Troche mi tu samotnie.
Wynalazek Internetu pomaga byc w jako-takim kontakcie.
Lecz wciaz tesknie i sama nie do konca wiem za czym.

Patrzac na gwiazdy, na zachodzace nad gorami i odbijajace sie w jeziorze Slonce, na tecze, czuje ze Najwyzszy tu jest. I tylko tak trudno tego prawdziwie doswiadczyc, znow wysnic, ze mnie przytula.

Tym razem refleksyjnie, lecz wciaz radosnie, pozdrawiam zza Oceanu.

Tak!

Napisze krotko: dostalam sie!
Kolejne marzenie spelnione nim jeszcze zdazylo sie ulezec i stac sie bardziej wytrawne.
Od pazdziernika zaczynam drugi kierunek: Architektura Krajobrazu na SGGW.
Ciesze sie niezmiernie.
Ten Na Gorze z niejasnych powodow znow mnie rozpieszcza.
Pozdrawiam wszystkich czytajacych zza Oceanu!

USA, day 3rd

Tak wiec jestem gdzie byc chcialam.
Stany Zjednoczone Ameryki Polnocnej.
W piatek 13 godzin na lotniskach i w samolotach. Warszawa - Duseldorf - Nowy Jork.
Potem 12 godzin snu, by w sobote znow 11 godzin byc w podrozy, tym razem autobusowej, przez Boston do West Ossipee NH i samochodem ostatecznie na Camp Marist.

To conieco klopotliwe, miec takie marzenia, ktore sie spelniaja nim zdaze wymyslic kolejne.
Jednak od skrajnosci do skrajnosci - jak zwykle - ostatecznie w kierunku rozwoju.

Moja praca? Kuchnia. Wszystkie drobiazgi od krojenia przez zmywanie do sprzatania jadalni. Bede zastepowac kazda z kolezanek w jej dniu wolnym.
Jest nas siedem: dwie Polki, dwie Niemki, dwie Rosjanki i Ukrainka.
Po pierwszej dobie moge powiedziec, ze calkiem przyjemna gromadka.

Dzis skonczylysmy o siodmej, czyli dwie godziny temu.
Jeszcze nie calkiem przestawilam sie na tutejszy czas..
Jestem cala mokra i nogi mi odpadaja, ale ciesze sie ogromnie, ze tu jestem.

Las, jezioro, gory, mnostwo usmiechnietych i serdecznych ludzi - czego wiecej mi trzeba?
Aktywne wakacje. To jest to.

Zmeczenie jest i pogubilam przez nie troche mysli, ktore chcialam tu zawrzec.


Myslac o tym dalekim, a tak bliskim swiecie, ktory zostawilam na kilka chwil w Europie, kraze przede wszystkim wokol studiow.
Wyglada na to, ze nie calkiem jeszcze zdazylam zamarzyc o architekturze krajobrazu a juz sie to moje marzenie spelnia. Tuz przed wylotem bylam bowiem na egzaminie z rysunku i zdalam go na 70 pkt co powinno wystarczyc w polaczeniu z matura by sie dostac.
I co wtedy?
No coz.. Najblizszy rok akademicki zapowiada sie pracowicie.

Budze sie w tak obcym miejscu, wposrod tak odmiennych ludzi i dobrze mi tu.
Te same gwiazdy nade mna - wielki woz i tutaj swieci jasno, ta sama przeciez polkula.
Ten sam Pan w tych gwiazdach, w tym powietrzu, w tych ludziach. We mnie.
Dobrze mi, bo nie slyszac znajomych glosow i bojac sie nieco pytam tylko Jego o zdanie i czuje, ze On jest.

Przede mna dziesiec tygodni w wymarzonym miejscu.
Chce poznac tych otwartych, bezposrednich, radosnych i czasem szczerych do bolu ludzi.
Chce sie nauczyc od nich wyzwalania i wykorzystywania pozytywnej energii.
Tak na prawde po to tu jestem.
By stale wzrastac.